Zapraszam na mojego nowego bloga! :D Tym razem związanego z Harrym Potterem :D
http://welcomeinhogwart.blogspot.com/2014/03/tom-i-rozdzia-pierwszy-urodziny.html - LINK :D
Miłego czytania :D
~ Pomyluna Everdeen
środa, 19 marca 2014
niedziela, 16 marca 2014
Rozdział Szesnasty. The end.
Mam nadzieję, że ten rozdział się wam spodoba :) Niestety, to już ostatni rozdział tego bloga, ale już jutro ukaże się nowy blog tym razem o tematyce czarodziei :) Napiszę tutaj, na tym blogu notkę z linkiem :)
Miłego czytania!
~ Pomyluna Everdeen
(włącz The Medalion Cats)
Szkoda, że nie spadliśmy. Na tym małym statku już czekali na nas pozostali przy życiu zawodowcy i oby dwójka z Trójki. Reaguję natychmiast. Chwytam Nany i Isabelle i pcham ich ku burcie. Mały natychmiast wraca do łódki, ale dziewczyna nie chce drgnąć. Patrzy prosto w czy dziewczynie z Trójki, a ta odcina jej głowę mieczem. Przerażona przeskakuję przez burtę i kilka chwil później jesteśmy już parędziesiąt metrów od stateczku. Spoglądam na chłopca. Jest spokojny, opanowany, ale wiem, że bardzo szkoda mu dziewczynki. Ja nie wytrzymuję i wybucham płaczem. Delikatnie przysuwa się do mnie i obejmuje ramieniem.
- Spokojnie. I tak pewnie by zginęła. - szepcze chłopiec i ociera mi łzy swoją koszulą. - Zawodowcy jadą na inny statek. Coś się tam dzieje. - dodaje ożywionym głosem. Unoszę głowę i patrzę w kierunku wskazanym przez Nany. Faktycznie. Kilka osób walczy. Chyba mieczami, a zawodowcy właśnie dopływają do burty i wchodzą po linach.
- Płyniemy tam. - postanawiam i dwie minuty później wpadamy na pokład statku. Wszędzie jest krew. Rozglądam się zdezorientowana i nagle na podłodze zauważam Antony'ego. Nie rusza się. Nie oddycha. W jego piersi widać dziurę po mieczu. Odwracam się i rzucam do wody. Zaczynam tłuc na oślep rękami wodę posuwając się cały czas do przodu. Nic nie widzę, nic nie słyszę. Nagle moja dłoń natrafia na coś twardego i sypkiego. Piasek. Uspokajam się nieco. Ból fizyczny powbijanego w moją dłoń pisaku nieco ustabilizowała moje szaleństwo. Jednak na dłuższa metę to się nie sprawdza, więc siadam na mieliźnie i płuczę rękę w wodzie. Wstaję i wchodzę na plażę. Antony nie żyje. Nie żyje. Nie ma go. Tylko te myśli kołaczą mi się w głowie. Oglądam się wokół siebie, ale stale przed oczami mam ten obraz. Rude włosy, brązowe oczy, oliwkowa skóra. Wszystko we krwi. Wstaję i chwiejnym krokiem wchodzę między drzewa. Wyszukuję jakąś jamę i układam się tam. Mogę umrzeć nic się już nie liczy. Zamykam oczy i zasypiam cały czas przed oczami mając krwawą masę na ziemi.
(włącz The Hanging Tree)
Budzi mnie brak powietrza w płucach i wilgoć na całej długości ciała. Mimowolnie odbijam się od dna i płynę ku powierzchni. Co się stało? W okół mnie widać tylko wodę. Nie przeszkadza mi to. Nic mi nie przeszkadza. Liczy się tylko to, że Antony nie żyje. Nagle jakieś dziwne, metalowe szczypce chwytają mnie za talię, a ja mdleję. Gdy się budzę widzę biały pokój. Po poprzednich Igrzyskach spędziłam tu tyle czasu. Szpital w Kapitolu. Ale Antony. Miał przeżyć, nie ja. Tylko o tym mogę myśleć. Nic mnie nie obchodzi. Do pokoju wchodzi Finnick i coś do mnie mówi. Nic mnie to nie obchodzi. Staram się od niego odgonić jak od muchy. Z muchą byłoby łatwiej.
- Co z nią? - dobiegają mnie słowa Odaira. Jak to co ze mną? Niepotrzebnie przeżyłam.
- Oszalała. Jest chora psychicznie. Chyba do końca życia nie wyzdrowieje. - odpowiada jakiś niski, zmartwiony głos.
- Ale... można coś z tym zrobić? - pyta znowu Finnick. Po co coś robić? Ja nie chce zdrowieć. Nie chce.
- Postaramy się. - odpowiada głos. Jak mi się wydaje lekarza. Po co się starać? Ja nie chcę. Ja chce umrzeć. Chcę do Antony'ego.
- Odejdź. - szepczę. - Antony umarł.
- Kocham Cię. - mówi Finnick i wyprowadzają go z pokoju, a ja zamykam oczy. Widok Antony'ego nieco osłabł, ale teraz wraca ze zdwojoną siłą. Nic nie będzie takie jak dawniej. Po tej rozmowie już nic nie pamiętam. Zamknęłam się w sobie. Podobno dopiero po kilku latach terapii zaczęłam dochodzić do siebie. Następne co zarejestrowałam to jakieś wybuchy i poduszkowiec. Więzienie w Kapitolu. Potem był pobyt w Trzynastce. Ślub z Finnickiem. Duży tort. Niebieski. Peeta. Śmierć Finnicka. Nie chcę tego opisywać. Jak się zdaje moja sąsiadka Katniss to zrobiła i to ze szczegółami. Teraz siedzę w moim salonie. Jego ściany są podobno jak mój tort ślubny. Mały chłopczyk, taki podobny do mojego zmarłego męża wyszarpuje mi kartkę z dłoni. Chce iść się bawić, a ja nie mam sumienia mu więcej odmawiać. Kończę tą książkę. Więcej nic nie napiszę.
- Annie Cresta.
****************************
Cóż. Mam nadzieję, że chodź ostatni, był nadal dosyć ciekawy :) Przepraszam, z atak szybkie zakończenie :c Mam nadzieję, że mój nowy blog zainteresuje was jeszcze bardziej, niż ten. Dziękuję za ponad 3500 wyświetleń. Następny blog będzie dłuższy i fajniejszy jak sądzę :D Do zobaczenia!
~ Pomyluna Everdeen
Miłego czytania!
~ Pomyluna Everdeen
(włącz The Medalion Cats)
Szkoda, że nie spadliśmy. Na tym małym statku już czekali na nas pozostali przy życiu zawodowcy i oby dwójka z Trójki. Reaguję natychmiast. Chwytam Nany i Isabelle i pcham ich ku burcie. Mały natychmiast wraca do łódki, ale dziewczyna nie chce drgnąć. Patrzy prosto w czy dziewczynie z Trójki, a ta odcina jej głowę mieczem. Przerażona przeskakuję przez burtę i kilka chwil później jesteśmy już parędziesiąt metrów od stateczku. Spoglądam na chłopca. Jest spokojny, opanowany, ale wiem, że bardzo szkoda mu dziewczynki. Ja nie wytrzymuję i wybucham płaczem. Delikatnie przysuwa się do mnie i obejmuje ramieniem.
- Spokojnie. I tak pewnie by zginęła. - szepcze chłopiec i ociera mi łzy swoją koszulą. - Zawodowcy jadą na inny statek. Coś się tam dzieje. - dodaje ożywionym głosem. Unoszę głowę i patrzę w kierunku wskazanym przez Nany. Faktycznie. Kilka osób walczy. Chyba mieczami, a zawodowcy właśnie dopływają do burty i wchodzą po linach.
- Płyniemy tam. - postanawiam i dwie minuty później wpadamy na pokład statku. Wszędzie jest krew. Rozglądam się zdezorientowana i nagle na podłodze zauważam Antony'ego. Nie rusza się. Nie oddycha. W jego piersi widać dziurę po mieczu. Odwracam się i rzucam do wody. Zaczynam tłuc na oślep rękami wodę posuwając się cały czas do przodu. Nic nie widzę, nic nie słyszę. Nagle moja dłoń natrafia na coś twardego i sypkiego. Piasek. Uspokajam się nieco. Ból fizyczny powbijanego w moją dłoń pisaku nieco ustabilizowała moje szaleństwo. Jednak na dłuższa metę to się nie sprawdza, więc siadam na mieliźnie i płuczę rękę w wodzie. Wstaję i wchodzę na plażę. Antony nie żyje. Nie żyje. Nie ma go. Tylko te myśli kołaczą mi się w głowie. Oglądam się wokół siebie, ale stale przed oczami mam ten obraz. Rude włosy, brązowe oczy, oliwkowa skóra. Wszystko we krwi. Wstaję i chwiejnym krokiem wchodzę między drzewa. Wyszukuję jakąś jamę i układam się tam. Mogę umrzeć nic się już nie liczy. Zamykam oczy i zasypiam cały czas przed oczami mając krwawą masę na ziemi.
(włącz The Hanging Tree)
Budzi mnie brak powietrza w płucach i wilgoć na całej długości ciała. Mimowolnie odbijam się od dna i płynę ku powierzchni. Co się stało? W okół mnie widać tylko wodę. Nie przeszkadza mi to. Nic mi nie przeszkadza. Liczy się tylko to, że Antony nie żyje. Nagle jakieś dziwne, metalowe szczypce chwytają mnie za talię, a ja mdleję. Gdy się budzę widzę biały pokój. Po poprzednich Igrzyskach spędziłam tu tyle czasu. Szpital w Kapitolu. Ale Antony. Miał przeżyć, nie ja. Tylko o tym mogę myśleć. Nic mnie nie obchodzi. Do pokoju wchodzi Finnick i coś do mnie mówi. Nic mnie to nie obchodzi. Staram się od niego odgonić jak od muchy. Z muchą byłoby łatwiej.
- Co z nią? - dobiegają mnie słowa Odaira. Jak to co ze mną? Niepotrzebnie przeżyłam.
- Oszalała. Jest chora psychicznie. Chyba do końca życia nie wyzdrowieje. - odpowiada jakiś niski, zmartwiony głos.
- Ale... można coś z tym zrobić? - pyta znowu Finnick. Po co coś robić? Ja nie chce zdrowieć. Nie chce.
- Postaramy się. - odpowiada głos. Jak mi się wydaje lekarza. Po co się starać? Ja nie chcę. Ja chce umrzeć. Chcę do Antony'ego.
- Odejdź. - szepczę. - Antony umarł.
- Kocham Cię. - mówi Finnick i wyprowadzają go z pokoju, a ja zamykam oczy. Widok Antony'ego nieco osłabł, ale teraz wraca ze zdwojoną siłą. Nic nie będzie takie jak dawniej. Po tej rozmowie już nic nie pamiętam. Zamknęłam się w sobie. Podobno dopiero po kilku latach terapii zaczęłam dochodzić do siebie. Następne co zarejestrowałam to jakieś wybuchy i poduszkowiec. Więzienie w Kapitolu. Potem był pobyt w Trzynastce. Ślub z Finnickiem. Duży tort. Niebieski. Peeta. Śmierć Finnicka. Nie chcę tego opisywać. Jak się zdaje moja sąsiadka Katniss to zrobiła i to ze szczegółami. Teraz siedzę w moim salonie. Jego ściany są podobno jak mój tort ślubny. Mały chłopczyk, taki podobny do mojego zmarłego męża wyszarpuje mi kartkę z dłoni. Chce iść się bawić, a ja nie mam sumienia mu więcej odmawiać. Kończę tą książkę. Więcej nic nie napiszę.
- Annie Cresta.
****************************
Cóż. Mam nadzieję, że chodź ostatni, był nadal dosyć ciekawy :) Przepraszam, z atak szybkie zakończenie :c Mam nadzieję, że mój nowy blog zainteresuje was jeszcze bardziej, niż ten. Dziękuję za ponad 3500 wyświetleń. Następny blog będzie dłuższy i fajniejszy jak sądzę :D Do zobaczenia!
~ Pomyluna Everdeen
czwartek, 13 marca 2014
Rozdział Piętnasty. Na arenie.
Mam nadzieję, że ten rozdział wam się spodoba, bo jak dla mnie jest dosyć ciekawy ;3 Nareszcie jest muzyka :D I to taaaka tematyczna :D ps. Lepiej nastawcie dosyć głośno, nie niektóre momenty są bardzo ciche. Jeżeli któryś z tych utworów nie pasuje wam do sytuacji możecie zawsze wybrać sobie inną melodię z mojej playlisty... W kolejnych rozdziałach będą powtarzać się te utwory, ale dodam też inne ;) Dedykuję ten rozdział wszystkim fanom Piratów z Karaibów :D
Miłego czytania.
~ Pomyluna Everdeen
(włącz The Medalion Cats)
Patrzę na siebie w lustrze i nie wierzę własnym oczom. Bandana na głowie, biała, lekka koszula i wykonana z tego samego materiału kamizelka. Lniane, przewiązane pod kolanami spodnie i dziwne buty, w stylu kozaków sięgające kolan.
- Co to jest?! - pytam. Jestem zła. Co to ma znaczyć? W odpowiedzi Loky podaje mi mnóstwo paciorków, bransoletek i pierścieni. - Zrobili z nas... PIRATÓW?! - wrzeszczę. To co najmniej oburzające. Mój stylista łapie mnie za rękę i zaciąga do szklanego cylindra, który od razu się zamyka i zaczyna jechać do góry. W około mnie widać samą ciemność, ale ja czuję coś, czego żaden człowiek z poza mojego dystryktu nie mógłby wyczuć. Ocean. Oślepia mnie blask słońca odbijający się od gładkiej powierzchni wody. Gdy mój wzrok przyzwyczaja się do światła rozglądam się dookoła.
Stoję na wielkiej platformie zrobionej z kilku beczek. Podejrzewam, że jeżeli ktoś zejdzie za wcześnie, to one po prostu wybuchną. Najbliższy trybut jest jakiś pięć metrów ode mnie, a i tak wszyscy jesteśmy w równym odstępie od Rogu Obfitości, który jest.... Zrobiony z żagla zawieszonego na 200 metrowym maszcie. Moja mina musi być bardzo głupia, gdyż dziewczyna z Piątki, będąca po mojej prawej zaczęła cicho się śmiać. Oglądam się na nią i również uśmiecham. Dopiero teraz dociera do mnie, że kobiecy głos odlicza sekundy, a zostało ich tylko dwadzieścia. Pośpiesznie ogarniam wzrokiem resztę areny. Jest to spora zatoka z kilkoma statkami różnej wielkości. Wszystkie są z drewna... starodawne... widziałam je kiedyś w takim filmie o piratach. Dziesięć sekund. Teraz staram się skoncentrować całą swoją uwagę na maszt. Są na nim liny, po których można się wspiąć, ale jeżeli ktoś ma lęk wysokości od razu odpada, albo zbyt delikatne dłonie to bardzo się porani... Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden...
( włącz The Black Perl)
Zeskakuję z beczek i biegnę prosto na maszt. Łapię pierwszą linę i podciągam się do góry, kolejna.. już czuję krew na dłoniach. Pomagam sobie nogami. Dobiegłam tutaj pierwsza. Chwila odpoczynku. Patrzę w dół Kilkanaście metrów pode mną widzę Antony'ego i jeszcze paru innych chłopców, a także z dwie dziewczyny. Muszę być na wysokości około 150 metrów. Rzucam się do następnej liny i w przeciągu paru sekund staję na belce przy Rogu. Moje ręce krwawią niemiłosiernie, ale ja przejmuję się czym innym. Czy ja dam radę wejść do tego rogu? I jak potem zejdę. Spoglądam w dół. Zostawiłam swoich rywali daleko w tyle, a ich liczba zmalała. Pewnie paru spadło, albo ich zabito. Mam nadzieję, że ta blondynka z Piątki przeżyła. Obracam się i wchodzę do Rogu. Mam jakieś pięć minut do przybycia mojego przyjaciela. Wypatruję trójząb. A jakże, jest. Nawet dwa. Chwytam ten mniejszy i łapię dwa plecaki, dziwny, zakrzywiony, zapewne piracki miecz, a także łuk i kołczan, który zarzucam na plecy razem z plecakami. Łuk zakładam na ramię, a miecz wkładam do pochwy przy pasku od spodni, którą dopiero teraz zauważyłam. Z trójzębem nie mam co zrobić więc trzymając go w kurczowo zaciśniętej dłoni wychodzę chwiejnie z płóciennego Rogu. Antony jest kilka metrów pode mną, więc decyduję się wejść jeszcze wyżej na maszt. Gdy mój przyjaciel dociera do Rogu siedzę dwadzieścia metrów wyżej na linie i celuję w niego strzałą. Zauważa mnie, ale spokojnie wchodzi do Rogu. Niepokoję się. Siedzi tam zbyt długo. Obracam się w kierunku nadchodzących trybutów.. są tak blisko. Napinam cięciwę. Dziewczyna z Jedynki już zagląda do Rogu, a ja puszczam strzałę. Ginie od razu, a spadając zwala chłopaka z Dwójki. Pewnie oboje nie żyją. Czekam jakieś dwie minuty, ale reszta nie wchodzi. Pewnie się boją. Schodzę dziesięć metrów na dół i patrzę w Róg. Antony właśnie wychodzi, a ja jak najszybciej daję radę schodzę do niego i staję tuż przed jego twarzą.
- Co postanowiłeś? - pytam zdyszana.
- Mam sojusz. - odpowiada. - Jesteś w nim.
- O. Jak miło, że mi mówisz. - prycham ironicznie. - A z kim jeszcze mam przymierze, jeśli mogę wiedzieć?
- Dowiesz się w swoim czasie. - warczy mój przyjaciel i pokazuje głową maszt. - Panie przodem.
Na dół docieram w kilka minut i widok jaki się przed nami rozciąga poruszyłby każdego. Przynajmniej dwanaścioro dzieci leżących bez życia. W śród nich dwójka zawodowców, których zabiłam. Antony podchodzi do dziewczyny z Jedynki i wyjmuje z niej strzałę.
- Zabiłaś ją? - pyta cicho. - I jego? - dodaje kiwając ręką na chłopaka z Dwójki.
- Tak. - odpowiadam. - Bałam się... oni byli przy Rogu...
- Dosyć. Rozumiem. Uratowałaś mi życie, gratuluję. - szepcze jadowicie mój przyjaciel, a ja patrzę na niego zdziwiona. Zupełnie nie wiem o co mu chodzi. Spoglądam w jego wielkie, brązowe oczy i wyczytuję z nich jedno. Pokrzyżowałam mu plany.
- Mieliśmy być z nimi w sojuszu? Przecież to zawodowcy! - ryczę.
- Ciszej. My też jesteśmy zawodowcami.
- Może ty, ale ja nie! I nigdy nie będę! Idź szukać sobie tamtych, ale mnie do tego nie mieszaj! - wrzeszczę i biegnę do burty. Ktoś łapie mnie za kostkę. To dziewczyna z Piątki. Siedzi z jakimś małym, pewnie dwunastoletnim chłopcem za beczką. Natychmiast klękam koło nich.
(włącz He's a Pirate)
- Mam na imię Annie, a wy? - pytam cicho. - Przepraszam, że nie znam waszych imion... nie miałam na to czasu.. - zaczynam się tłumaczyć, ale dziewczyna przerywa mi ruchem ręki.
- Jestem Isabelle, a to Nany. - szepcze. - Jest z mojego dystryktu. Czy miałabyś... eee... coś przeciwko sojuszowi z nami? - dodaje zakłopotana.
- Nie. - odpowiadam z uśmiechem. - Musimy coś zrobić... gdzieś się ukryć, zdobyć jakieś jedzenie.
- Obserwowaliśmy tych trybutów, którzy jeszcze nie zginęli. Jeden statek nie jest zajęty. Ten najbliżej lądu. - mówi chłopiec, a ja patrzę w kierunku pokazywanym przez niego małą rączką. Widzę chyba najmniejszy statek, z tych które tutaj są, a jest ich z pięć i najdalej od tego, na którym jesteśmy. To źle. Jak my się tam dostaniemy? Na twarzy musiały się odbić moje obawy, gdyż Nany delikatnie ciągnie mnie za rękaw i wskazuje na szalupę. Kiwam głową i wskakuję do łódki, po czym pomagam wejść do niej moim sojusznikom. Odcinam linę i sekundę później lądujemy na morzu. Chyba nikt nie ma broni, tylko ja i Antony. Zresztą... te dzieciaki nie wyglądają na takich, co by potrafili choćby rzucać nożem. Chwytam za wiosła i zaczynamy płynąć. Idzie nam to bardzo szybko, zwłaszcza, że ja często wiosłuje w moim dystrykcie. Po pół godziny wspinamy się po burcie naszego statku. Jednak to, co tam widzimy sprawia, że o mało co nie spadamy z powrotem na dół....
Miłego czytania.
~ Pomyluna Everdeen
(włącz The Medalion Cats)
Patrzę na siebie w lustrze i nie wierzę własnym oczom. Bandana na głowie, biała, lekka koszula i wykonana z tego samego materiału kamizelka. Lniane, przewiązane pod kolanami spodnie i dziwne buty, w stylu kozaków sięgające kolan.
- Co to jest?! - pytam. Jestem zła. Co to ma znaczyć? W odpowiedzi Loky podaje mi mnóstwo paciorków, bransoletek i pierścieni. - Zrobili z nas... PIRATÓW?! - wrzeszczę. To co najmniej oburzające. Mój stylista łapie mnie za rękę i zaciąga do szklanego cylindra, który od razu się zamyka i zaczyna jechać do góry. W około mnie widać samą ciemność, ale ja czuję coś, czego żaden człowiek z poza mojego dystryktu nie mógłby wyczuć. Ocean. Oślepia mnie blask słońca odbijający się od gładkiej powierzchni wody. Gdy mój wzrok przyzwyczaja się do światła rozglądam się dookoła.
Stoję na wielkiej platformie zrobionej z kilku beczek. Podejrzewam, że jeżeli ktoś zejdzie za wcześnie, to one po prostu wybuchną. Najbliższy trybut jest jakiś pięć metrów ode mnie, a i tak wszyscy jesteśmy w równym odstępie od Rogu Obfitości, który jest.... Zrobiony z żagla zawieszonego na 200 metrowym maszcie. Moja mina musi być bardzo głupia, gdyż dziewczyna z Piątki, będąca po mojej prawej zaczęła cicho się śmiać. Oglądam się na nią i również uśmiecham. Dopiero teraz dociera do mnie, że kobiecy głos odlicza sekundy, a zostało ich tylko dwadzieścia. Pośpiesznie ogarniam wzrokiem resztę areny. Jest to spora zatoka z kilkoma statkami różnej wielkości. Wszystkie są z drewna... starodawne... widziałam je kiedyś w takim filmie o piratach. Dziesięć sekund. Teraz staram się skoncentrować całą swoją uwagę na maszt. Są na nim liny, po których można się wspiąć, ale jeżeli ktoś ma lęk wysokości od razu odpada, albo zbyt delikatne dłonie to bardzo się porani... Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden...
( włącz The Black Perl)
Zeskakuję z beczek i biegnę prosto na maszt. Łapię pierwszą linę i podciągam się do góry, kolejna.. już czuję krew na dłoniach. Pomagam sobie nogami. Dobiegłam tutaj pierwsza. Chwila odpoczynku. Patrzę w dół Kilkanaście metrów pode mną widzę Antony'ego i jeszcze paru innych chłopców, a także z dwie dziewczyny. Muszę być na wysokości około 150 metrów. Rzucam się do następnej liny i w przeciągu paru sekund staję na belce przy Rogu. Moje ręce krwawią niemiłosiernie, ale ja przejmuję się czym innym. Czy ja dam radę wejść do tego rogu? I jak potem zejdę. Spoglądam w dół. Zostawiłam swoich rywali daleko w tyle, a ich liczba zmalała. Pewnie paru spadło, albo ich zabito. Mam nadzieję, że ta blondynka z Piątki przeżyła. Obracam się i wchodzę do Rogu. Mam jakieś pięć minut do przybycia mojego przyjaciela. Wypatruję trójząb. A jakże, jest. Nawet dwa. Chwytam ten mniejszy i łapię dwa plecaki, dziwny, zakrzywiony, zapewne piracki miecz, a także łuk i kołczan, który zarzucam na plecy razem z plecakami. Łuk zakładam na ramię, a miecz wkładam do pochwy przy pasku od spodni, którą dopiero teraz zauważyłam. Z trójzębem nie mam co zrobić więc trzymając go w kurczowo zaciśniętej dłoni wychodzę chwiejnie z płóciennego Rogu. Antony jest kilka metrów pode mną, więc decyduję się wejść jeszcze wyżej na maszt. Gdy mój przyjaciel dociera do Rogu siedzę dwadzieścia metrów wyżej na linie i celuję w niego strzałą. Zauważa mnie, ale spokojnie wchodzi do Rogu. Niepokoję się. Siedzi tam zbyt długo. Obracam się w kierunku nadchodzących trybutów.. są tak blisko. Napinam cięciwę. Dziewczyna z Jedynki już zagląda do Rogu, a ja puszczam strzałę. Ginie od razu, a spadając zwala chłopaka z Dwójki. Pewnie oboje nie żyją. Czekam jakieś dwie minuty, ale reszta nie wchodzi. Pewnie się boją. Schodzę dziesięć metrów na dół i patrzę w Róg. Antony właśnie wychodzi, a ja jak najszybciej daję radę schodzę do niego i staję tuż przed jego twarzą.
- Co postanowiłeś? - pytam zdyszana.
- Mam sojusz. - odpowiada. - Jesteś w nim.
- O. Jak miło, że mi mówisz. - prycham ironicznie. - A z kim jeszcze mam przymierze, jeśli mogę wiedzieć?
- Dowiesz się w swoim czasie. - warczy mój przyjaciel i pokazuje głową maszt. - Panie przodem.
Na dół docieram w kilka minut i widok jaki się przed nami rozciąga poruszyłby każdego. Przynajmniej dwanaścioro dzieci leżących bez życia. W śród nich dwójka zawodowców, których zabiłam. Antony podchodzi do dziewczyny z Jedynki i wyjmuje z niej strzałę.
- Zabiłaś ją? - pyta cicho. - I jego? - dodaje kiwając ręką na chłopaka z Dwójki.
- Tak. - odpowiadam. - Bałam się... oni byli przy Rogu...
- Dosyć. Rozumiem. Uratowałaś mi życie, gratuluję. - szepcze jadowicie mój przyjaciel, a ja patrzę na niego zdziwiona. Zupełnie nie wiem o co mu chodzi. Spoglądam w jego wielkie, brązowe oczy i wyczytuję z nich jedno. Pokrzyżowałam mu plany.
- Mieliśmy być z nimi w sojuszu? Przecież to zawodowcy! - ryczę.
- Ciszej. My też jesteśmy zawodowcami.
- Może ty, ale ja nie! I nigdy nie będę! Idź szukać sobie tamtych, ale mnie do tego nie mieszaj! - wrzeszczę i biegnę do burty. Ktoś łapie mnie za kostkę. To dziewczyna z Piątki. Siedzi z jakimś małym, pewnie dwunastoletnim chłopcem za beczką. Natychmiast klękam koło nich.
(włącz He's a Pirate)
- Mam na imię Annie, a wy? - pytam cicho. - Przepraszam, że nie znam waszych imion... nie miałam na to czasu.. - zaczynam się tłumaczyć, ale dziewczyna przerywa mi ruchem ręki.
- Jestem Isabelle, a to Nany. - szepcze. - Jest z mojego dystryktu. Czy miałabyś... eee... coś przeciwko sojuszowi z nami? - dodaje zakłopotana.
- Nie. - odpowiadam z uśmiechem. - Musimy coś zrobić... gdzieś się ukryć, zdobyć jakieś jedzenie.
- Obserwowaliśmy tych trybutów, którzy jeszcze nie zginęli. Jeden statek nie jest zajęty. Ten najbliżej lądu. - mówi chłopiec, a ja patrzę w kierunku pokazywanym przez niego małą rączką. Widzę chyba najmniejszy statek, z tych które tutaj są, a jest ich z pięć i najdalej od tego, na którym jesteśmy. To źle. Jak my się tam dostaniemy? Na twarzy musiały się odbić moje obawy, gdyż Nany delikatnie ciągnie mnie za rękaw i wskazuje na szalupę. Kiwam głową i wskakuję do łódki, po czym pomagam wejść do niej moim sojusznikom. Odcinam linę i sekundę później lądujemy na morzu. Chyba nikt nie ma broni, tylko ja i Antony. Zresztą... te dzieciaki nie wyglądają na takich, co by potrafili choćby rzucać nożem. Chwytam za wiosła i zaczynamy płynąć. Idzie nam to bardzo szybko, zwłaszcza, że ja często wiosłuje w moim dystrykcie. Po pół godziny wspinamy się po burcie naszego statku. Jednak to, co tam widzimy sprawia, że o mało co nie spadamy z powrotem na dół....
piątek, 7 marca 2014
Rozdział Czternasty. 66 Igrzyska Głodowe czas zacząć.
Nie lubię opisywać wydarzeń przed Igrzyskami, więc starałam sie je trochę skrócić :3 Następny rozdział będzie dużo ciekawszy ;) Buźka.
~ Pomyluna Everdeen
- Chodź, już czas. - mówię cicho do siedzącej na kanapie siostry, a ona delikatnie podnosi się na nogi i chwyta mnie za rękę. Czuję jak jej ciało drży niekontrolowanymi ruchami. Bardzo obawia się o dziecko i o to, że ją wylosują. Ja też mam się czym martwić. Bo co będzie jak jeszcze raz pojadę na arenę? Bez Finnicka nie dam rady.
Rozglądam się dookoła. Jesteśmy już przy placu. Całuję Clarriss na pożegnanie i idę do sektora dla piętnastolatków. Niedługo mam urodziny. Widzę moją siostrę i Antony'ego między osiemnastolatkami. Finnick wychodzi na scenę wśród wiwatów tłumu. Burmistrz przemawia tak jak zawsze. Nie słucham tego. Wyłączam się. Zaczynam uważać dopiero kiedy Lauren podchodzi do szklanej kuli i mówi śpiewnym głosem:
- Wesołych Głodowych Igrzysk i niech los zawsze wam sprzyja. Panie jak zwykle mają pierwszeństwo. - sięga po jedną z tysiąca karteczek. Zamykam oczy.
-Clarrissa Laimia. - pada wśród zupełnej ciszy. Nikt nie zgłasza się za nią. Nikt nie może wydobyć z siebie głosu.
- Eeee. Chodź tu kochana. - mówi cicho Lauren. Otwieram oczy. Widzę moją siostrę kroczącą przez tłum i Antony'ego nie płacze, ale wiem, że ledwo się przed tym powstrzymuje. Chciałabym go pocieszyć, ale na to jest tylko jeden sposób. Otwieram usta i słyszę czyjś głos.
- Zgłaszam się na trybuta. - nie wiem o co chodzi. Patrzę na osoby wokół mnie. Czemu oni się rozstępują? Stoję tak chwilę, aż uprzytamniam sobie co się stało. To był mój głos. Ruszam na podium. Nie patrzę na moją ciężarną siostrę. Nie słyszę co się dzieje. Przed moimi oczami ukazują się ciemne plamy. Ostatnią rzecz jaką zarejestrowałam przed omdleniem to płomienisto rude włosy i wielkie brązowe oczy przy mojej twarzy.
***
- Popatrzcie! Chyba się budzi. - słyszę kobiecy głos. W pierwszej chwili wcale go nie poznaję. Siadam i stwierdzam, że jadę pociągiem. Ogarnia mnie przerażenie. Wbijam paznokcie w ramiona. Chcę się obudzić. To nie może być prawda, ale skoro nie... to czemu tu jest Lauren?
- Puść! Oszalałaś?! - ten głos rozpoznam wszędzie. Finnick.
- Kto jest drugim trybutem. No kto?! - krzyczę.Już pamiętam co się stało. Po mojej rozpalonej twarzy spływają łzy.
- Antony. - te słowa uderzają mnie jak piorun. Jak to możliwe? Miałabym zabić swojego najlepszego przyjaciela? Męża mojej siostry? Ojca jej dziecka? Zaraz... Clarrissa....
- Finnick.. co stało się z ... - pytam cicho, a słowa grzęzną mi w gardle. Boję się odpowiedzi.
- Nic jej się nie stało. Dziecku też - odpowiada mój ukochany cicho, a ja oddycham z ulgą. Mój przyjaciel musi przeżyć. Zrobię wszystko aby tak było. Wstaję i idę wziąć prysznic. Ubieram się byle jak i zaczesuję włosy w długi warkocz sięgający aż mi końca pleców. W tej samej chwili staje się pociąg. Wysiadam z niego i biegnę jak najszybciej przez peron. Zatrzymuję się dopiero w swoim pokoju. Pojęcia nie mam jak tu dotarłam. Wygląda tak samo jak poprzednio. Rozglądam się i rzucam na łóżko. Znowu ten koszmar ma zacząć się od nowa. Tym razem jednak nawet nie chcę przeżyć. Muszę utrzymać przy życiu Antony'ego.
Widocznie rozmyślając nad moją beznadziejną sytuacja zasnęłam, gdyż budzę się już rano i to w ubraniu. Wstaję i patrzę na zegarek. Jest szósta. Idę pod prysznic. Ubieram się w zieloną bluzkę i czerwone spodnie, po czym idę na śniadanie. Ku mojemu zaskoczeniu Antony już tam jest.
- Cześć mała. - mówi i uśmiecha się delikatnie.
- Cześć. - odpowiadam niewyraźnie i siadam na drugim końcu stało. Chcę być jak najdalej od niego.
- Coś się stało?
- Nic.
Reszta śniadania mija w ciszy. Kiedy kończymy jeść, burczę coś o pójściu na trening.
- Właściwie, gdzie jest Finnick? - pyta Antony.
- Pewnie jeszcze śpi. Jest dopiero ósma. - odpowiadam lekceważąco i kieruję się w stronę windy, a mój przyjaciel biegnie za mną. Wpychamy się do niej i zjeżdżamy na dół. Słuchamy przemowy jakiejś pani, która mówi nam o tym co tutaj znajdziemy i czego możemy się nauczyć. Oczywiście jej nie słucham. Już raz tu byłam. Tym razem nie obieram żadnej taktyki. Chodzę po wszystkich stanowiskach omijając tylko i wyłącznie trójząb.
Tak mijają trzy dni treningów. Dużo jem, mało się odzywam. Większość czasu spędzam w swoim pokoju leżąc na łóżku. Czasami przychodzi do mnie Finnick, a czasami Antony. Wszystko jest takie same. Jakbym ugrzęzła we wspomnieniu. Nie. Teraz jest gorzej. Nie mam nawet ambicji, żeby przeżyć. Gdy nadchodzi dzień pokazu przed sponsorami robię dokładnie to samo co rok temu i o dziwo znowu dostaję 11 punktów. Antony zresztą też. To wszystko jest bez sensu.
***
- Przed wami... Annie Cresta z Dystryktu Czwartego! - krzyczy Ceasar Flickerman, więc ruszam przez scenę w burzy oklasków. Siadam na wygodnym fotelu, a na twarzy mam sztuczny uśmiech. - Ślicznie dziś wyglądasz! - dodaje prowadzący, a ja w pełni się z nim zgadzam. Mam piękną niebieską sukienkę sięgającą kostek i zielone buty na wysokim obcasie.
- A ty jak zawsze. - odpowiadam, widownia ryczy ze śmiechu.
- Podobna to ty jesteś do twojej kuzynki, nie ma co... - mówi Flickerman ze śmiechem.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - znowu ryk na widowni.
- Pomówmy o czymś poważniejszym. - niemalże szepcze Ceasar, a ludzie milkną. - Zgłosiłaś się za ciężarną... kuzynkę. Tak? Dobrze mówię? - kiwam głową. - Dlaczego to zrobiłaś?
- Jak mogłabym patrzeć na to jak ją mordują z dzieckiem w brzuchu? To by było chore. Kocham ją.. jak siostrę, matkę i kuzynkę w jednym. - odpowiadam ze łzami w oczach. Prowadzący łapie mnie delikatnie za dłoń.
- Rozumiem. - mówi. - Przepraszam, to na pewno trudny temat. Jak Finnick sprawdza się w roli mentora?
- Świetnie. - odpowiadam cicho. - Fany na pewno by się ucieszyła... widząc jak świetnie sobie radzi. Jestem szczęściarą, że nie z nim wylądowałam na arenie. - dodaję.
- A jednak! Trafiłaś ze swoim najlepszym przyjacielem, czyż nie?
- Owszem - to jedno słowo ledwo przechodzi mi przez gardło. - Tak wyszło. - w tym samym momencie rozlega się brzęczyk kończący rozmowę. Widownia wstaje i klaszcze. Niektórzy wciąż jeszcze płaczą, niektórzy ocierają łzy z policzków. Naprawdę się przejęli. Schodzę z estrady i uciekam do windy. Nie chcę słuchać rozmowy Antony'ego. Zapewne wspomną coś o mojej siostrze, a nie chcę tego słuchać. Wpadam do pokoju, zmywam makijaż i kładę się się spać. Gdy tylko zgaszam światło ktoś uchyla drzwi do mojego pokoju i wślizguje się bezszelestnie. To Finnick.
- Wszystko w porządku? - pyta cicho.
- Odkąd tu wszedłeś, w jak najlepszym - odpowiadam, przytulam się do ukochanego i zasypiam.
~ Pomyluna Everdeen
- Chodź, już czas. - mówię cicho do siedzącej na kanapie siostry, a ona delikatnie podnosi się na nogi i chwyta mnie za rękę. Czuję jak jej ciało drży niekontrolowanymi ruchami. Bardzo obawia się o dziecko i o to, że ją wylosują. Ja też mam się czym martwić. Bo co będzie jak jeszcze raz pojadę na arenę? Bez Finnicka nie dam rady.
Rozglądam się dookoła. Jesteśmy już przy placu. Całuję Clarriss na pożegnanie i idę do sektora dla piętnastolatków. Niedługo mam urodziny. Widzę moją siostrę i Antony'ego między osiemnastolatkami. Finnick wychodzi na scenę wśród wiwatów tłumu. Burmistrz przemawia tak jak zawsze. Nie słucham tego. Wyłączam się. Zaczynam uważać dopiero kiedy Lauren podchodzi do szklanej kuli i mówi śpiewnym głosem:
- Wesołych Głodowych Igrzysk i niech los zawsze wam sprzyja. Panie jak zwykle mają pierwszeństwo. - sięga po jedną z tysiąca karteczek. Zamykam oczy.
-Clarrissa Laimia. - pada wśród zupełnej ciszy. Nikt nie zgłasza się za nią. Nikt nie może wydobyć z siebie głosu.
- Eeee. Chodź tu kochana. - mówi cicho Lauren. Otwieram oczy. Widzę moją siostrę kroczącą przez tłum i Antony'ego nie płacze, ale wiem, że ledwo się przed tym powstrzymuje. Chciałabym go pocieszyć, ale na to jest tylko jeden sposób. Otwieram usta i słyszę czyjś głos.
- Zgłaszam się na trybuta. - nie wiem o co chodzi. Patrzę na osoby wokół mnie. Czemu oni się rozstępują? Stoję tak chwilę, aż uprzytamniam sobie co się stało. To był mój głos. Ruszam na podium. Nie patrzę na moją ciężarną siostrę. Nie słyszę co się dzieje. Przed moimi oczami ukazują się ciemne plamy. Ostatnią rzecz jaką zarejestrowałam przed omdleniem to płomienisto rude włosy i wielkie brązowe oczy przy mojej twarzy.
***
- Popatrzcie! Chyba się budzi. - słyszę kobiecy głos. W pierwszej chwili wcale go nie poznaję. Siadam i stwierdzam, że jadę pociągiem. Ogarnia mnie przerażenie. Wbijam paznokcie w ramiona. Chcę się obudzić. To nie może być prawda, ale skoro nie... to czemu tu jest Lauren?
- Puść! Oszalałaś?! - ten głos rozpoznam wszędzie. Finnick.
- Kto jest drugim trybutem. No kto?! - krzyczę.Już pamiętam co się stało. Po mojej rozpalonej twarzy spływają łzy.
- Antony. - te słowa uderzają mnie jak piorun. Jak to możliwe? Miałabym zabić swojego najlepszego przyjaciela? Męża mojej siostry? Ojca jej dziecka? Zaraz... Clarrissa....
- Finnick.. co stało się z ... - pytam cicho, a słowa grzęzną mi w gardle. Boję się odpowiedzi.
- Nic jej się nie stało. Dziecku też - odpowiada mój ukochany cicho, a ja oddycham z ulgą. Mój przyjaciel musi przeżyć. Zrobię wszystko aby tak było. Wstaję i idę wziąć prysznic. Ubieram się byle jak i zaczesuję włosy w długi warkocz sięgający aż mi końca pleców. W tej samej chwili staje się pociąg. Wysiadam z niego i biegnę jak najszybciej przez peron. Zatrzymuję się dopiero w swoim pokoju. Pojęcia nie mam jak tu dotarłam. Wygląda tak samo jak poprzednio. Rozglądam się i rzucam na łóżko. Znowu ten koszmar ma zacząć się od nowa. Tym razem jednak nawet nie chcę przeżyć. Muszę utrzymać przy życiu Antony'ego.
Widocznie rozmyślając nad moją beznadziejną sytuacja zasnęłam, gdyż budzę się już rano i to w ubraniu. Wstaję i patrzę na zegarek. Jest szósta. Idę pod prysznic. Ubieram się w zieloną bluzkę i czerwone spodnie, po czym idę na śniadanie. Ku mojemu zaskoczeniu Antony już tam jest.
- Cześć mała. - mówi i uśmiecha się delikatnie.
- Cześć. - odpowiadam niewyraźnie i siadam na drugim końcu stało. Chcę być jak najdalej od niego.
- Coś się stało?
- Nic.
Reszta śniadania mija w ciszy. Kiedy kończymy jeść, burczę coś o pójściu na trening.
- Właściwie, gdzie jest Finnick? - pyta Antony.
- Pewnie jeszcze śpi. Jest dopiero ósma. - odpowiadam lekceważąco i kieruję się w stronę windy, a mój przyjaciel biegnie za mną. Wpychamy się do niej i zjeżdżamy na dół. Słuchamy przemowy jakiejś pani, która mówi nam o tym co tutaj znajdziemy i czego możemy się nauczyć. Oczywiście jej nie słucham. Już raz tu byłam. Tym razem nie obieram żadnej taktyki. Chodzę po wszystkich stanowiskach omijając tylko i wyłącznie trójząb.
Tak mijają trzy dni treningów. Dużo jem, mało się odzywam. Większość czasu spędzam w swoim pokoju leżąc na łóżku. Czasami przychodzi do mnie Finnick, a czasami Antony. Wszystko jest takie same. Jakbym ugrzęzła we wspomnieniu. Nie. Teraz jest gorzej. Nie mam nawet ambicji, żeby przeżyć. Gdy nadchodzi dzień pokazu przed sponsorami robię dokładnie to samo co rok temu i o dziwo znowu dostaję 11 punktów. Antony zresztą też. To wszystko jest bez sensu.
***
- Przed wami... Annie Cresta z Dystryktu Czwartego! - krzyczy Ceasar Flickerman, więc ruszam przez scenę w burzy oklasków. Siadam na wygodnym fotelu, a na twarzy mam sztuczny uśmiech. - Ślicznie dziś wyglądasz! - dodaje prowadzący, a ja w pełni się z nim zgadzam. Mam piękną niebieską sukienkę sięgającą kostek i zielone buty na wysokim obcasie.
- A ty jak zawsze. - odpowiadam, widownia ryczy ze śmiechu.
- Podobna to ty jesteś do twojej kuzynki, nie ma co... - mówi Flickerman ze śmiechem.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - znowu ryk na widowni.
- Pomówmy o czymś poważniejszym. - niemalże szepcze Ceasar, a ludzie milkną. - Zgłosiłaś się za ciężarną... kuzynkę. Tak? Dobrze mówię? - kiwam głową. - Dlaczego to zrobiłaś?
- Jak mogłabym patrzeć na to jak ją mordują z dzieckiem w brzuchu? To by było chore. Kocham ją.. jak siostrę, matkę i kuzynkę w jednym. - odpowiadam ze łzami w oczach. Prowadzący łapie mnie delikatnie za dłoń.
- Rozumiem. - mówi. - Przepraszam, to na pewno trudny temat. Jak Finnick sprawdza się w roli mentora?
- Świetnie. - odpowiadam cicho. - Fany na pewno by się ucieszyła... widząc jak świetnie sobie radzi. Jestem szczęściarą, że nie z nim wylądowałam na arenie. - dodaję.
- A jednak! Trafiłaś ze swoim najlepszym przyjacielem, czyż nie?
- Owszem - to jedno słowo ledwo przechodzi mi przez gardło. - Tak wyszło. - w tym samym momencie rozlega się brzęczyk kończący rozmowę. Widownia wstaje i klaszcze. Niektórzy wciąż jeszcze płaczą, niektórzy ocierają łzy z policzków. Naprawdę się przejęli. Schodzę z estrady i uciekam do windy. Nie chcę słuchać rozmowy Antony'ego. Zapewne wspomną coś o mojej siostrze, a nie chcę tego słuchać. Wpadam do pokoju, zmywam makijaż i kładę się się spać. Gdy tylko zgaszam światło ktoś uchyla drzwi do mojego pokoju i wślizguje się bezszelestnie. To Finnick.
- Wszystko w porządku? - pyta cicho.
- Odkąd tu wszedłeś, w jak najlepszym - odpowiadam, przytulam się do ukochanego i zasypiam.
***
- Kochanie, wstawaj na śniadanie. - słyszę cichy głos.
- Odwal się Odair. - warczę, ale otwieram oczy. Wstaję i patrzę na siebie, jestem naga. Przez chwilę nie wiem co się stało, ale powoli przypominam sobie zdarzenia ostatniej nocy... Źrenice rozszerzają mi się ze strachu. Biegnę do łazienki i wskakuję pod prysznic. Finnick pewnie pukał, ale nie otworzyłam. Nie mam zamiaru z nim o tym rozmawiać. Wychodzę, ubieram się i idę na śniadanie. Niemalże wpadam, na idącego koło moich drzwi Antony'ego.
- Wszystko w porządku? - pyta i patrzy mi w oczy. Wszystko z nich wyczytuje bo unosi brwi do góry i bez słowa idzie do jadalni, a ja za nim. Śniadanie też przebiega w milczeniu. Gdy wstajemy idziemy od razu do windy i jedziemy na sam dach, gdzie zabiera nas poduszkowiec, a kobieta z igłą wstrzykuje nam lokalizator. Po około godzinie jazdy docieramy na miejsce. Wchodzę do mojego pokoju przygotowawczego, a Loky ubiera mnie w kostium, który mam nosić na arenie. Gdy spoglądam na siebie w lustrze nie mogę uwierzyć własnym oczom. Co to ma niby być?!
poniedziałek, 3 marca 2014
Rozdział Trzynasty. Oczekiwanie na Igrzyska.
Ten rozdział dedykuję Kornelii. Znowu nie ma muzyki i za to serdecznie przepraszam, ale nie mam możliwości dodanie jej :c Jak brat naprawi mi zasilacz do komputera to na pewno będzie <3
Miłego czytania!
~ Pomyluna Evereedn
No tak. Wracamy do naszego dystryktu. To oczywiście świetna wiadomość, bo bardzo stęskniłam się za moją rodziną. Niestety zdaję sobie sprawę z tego, że już za kilka miesięcy odbędą się kolejne Igrzyska i będę musiała rozstać się z Finnickiem, o którego coraz bardziej się martwię. Na razie jednak nie dane jest mi o tym myśleć, gdyż nasz pociąg ze zgrzytem zatrzymuje się na peronie w Czwórce. Tak jak ostatnio oblega nas wielkie koło ludzi cieszących się z naszego przyjazdu. Tym razem jednak zamiast iść do rodzinnego domu muszę najpierw udać się do Pałacu Sprawiedliwości na jakąś kolację. Mija mi bardzo szybko. To dobrze. Po około trzech godzinach pozwalają nam iść nareszcie do domu.
Miłego czytania!
~ Pomyluna Evereedn
No tak. Wracamy do naszego dystryktu. To oczywiście świetna wiadomość, bo bardzo stęskniłam się za moją rodziną. Niestety zdaję sobie sprawę z tego, że już za kilka miesięcy odbędą się kolejne Igrzyska i będę musiała rozstać się z Finnickiem, o którego coraz bardziej się martwię. Na razie jednak nie dane jest mi o tym myśleć, gdyż nasz pociąg ze zgrzytem zatrzymuje się na peronie w Czwórce. Tak jak ostatnio oblega nas wielkie koło ludzi cieszących się z naszego przyjazdu. Tym razem jednak zamiast iść do rodzinnego domu muszę najpierw udać się do Pałacu Sprawiedliwości na jakąś kolację. Mija mi bardzo szybko. To dobrze. Po około trzech godzinach pozwalają nam iść nareszcie do domu.
***
- Patrzcie! Jest nareszcie! Kochanie! - słyszę delikatny, tak dobrze znajomy mi głos i zostaję opleciona burzą blond włosów.
- Cześć Clarriss. - odpowiadam. Ledwo daję radę oddychać przez te jej kłaki. Puszcza mnie dopiero po kilku minutach, ale zanim zdołam nabrać powietrza już tuli mnie mój tata i brat. Na samym końcu padam w ramiona Antony'ego.
- Tęskniłem za tobą mała. - słyszę szept, a ciepło rozlewa mi się po całym ciele jakby ktoś oblał mnie od stóp do głów ciepłą wodą.
- Ja też tęskniłam. - odpowiadam i odsuwam się od mojego przyjaciela.- Zechcecie pokazać mi swój dom? Skończyliście go beze mnie, prawda? - pytam, a wszyscy wybuchają śmiechem.
- Oczywiście kochanie. Chodź. - mówi Clarriss i bierze mnie za rękę. Za drugą chwyta Antony i ruszamy razem przez kamienistą ścieżkę.
Dom mojej siostry stoi tuż koło mojego, prawie na plaży. Jest bardzo ładny. Cały biały, a w ścianach widać zatopione małe i większe muszelki. W ogrodzie otoczonym niskim, drewnianym płotkiem rośnie zdrowa, zielona i pachnąca trawa, na drzewach rosną cytrusowe owoce, a gdzie nie spojrzeć widać małe kwietniki z białymi i błękitnymi kwiatkami otoczone kamieniami i muszlami. Wszystko to wygląda zachwycająco, szczególnie, że dopiero zaczęła się wiosna i stopniały śniegi, a oko spragnione jest soczystych, przepełnionych życiem kolorów, roślin i zwierząt. Do samego wejścia prowadzi drużka uklepana z morskiego pisaku otoczona wyrzuconymi na brzeg zaschniętymi rozgwiazdami. Antony podchodzi do ledwo rozwiniętego kwiatu białej róży, odcina go małym nożykiem i wręcza go mnie. Wącham delikatnie roślinę. Pachnie bardzo delikatnie i przyjemnie. Jednak gdy przekraczam próg domu ogród traci swój blask i niezwykłość. Cały salon jest pomalowany na biało z gdzieniegdzie jakąś plamą zieleni, czy błękitu, jakby ktoś rzucał balonami z farbą w ścianę. Oczywiście tak właśnie było, dodatkowo, to był mój pomysł. Wszystkie meble są wykonane z drewna. Stół na sześć osób, robiony ręcznie przez mojego tatę, krzesła, które służyły za siedzenia w dniu ślubu siostry, mała, dwuosobowa kanapa na której spoczywa futro z jakiegoś zwierzęcia, a także duża, pomalowana na cielisty kolor komoda. Na wielkich oknach, z widokiem na morze wiszą delikatne firanki. To wręcz przecudowne, aż zapiera mi dech w piersiach. Tak bardzo przypomina mi to mamę. Gdy napawam się tym widokiem do syta, wędruję do kuchni. Ściany tutaj pomalowane są na delikatnie brązowy kolor, a meble są ciemne i błyszczące. Nie mam czasu przyglądać sięo im bliżej, więc idę do łazienki. Tutaj ściany również są białe, podobnie jak wszystkie sprzęty, a podłoga wyłożona jest kafelkami, najpewniej z oszlifowanych kamieni pokrytych masą perłową. Wchodzę po schodach. Tutaj znajdują się tylko dwa pokoiki. Jeden to sypialnia gospodarzy. Tutaj ściany mają jasno niebieski kolor, a meble są białe. Wszystko jest czyste, może nawet nazbyt. Onieśmielona tym pokojem wychodzę z niego i kieruję się w kierunku drugiego, jeszcze mniejszego. To co tam widzę kompletnie mnie zaskakuje. Na podłodze jest miękki, puszysty dywan, a na nim stoi kołyska. Dookoła znajdują się różne szafeczki. Najprawdopodobniej są w nich rzeczy i zabawki dla dziecka. Odwracam się i patrzę mojej siostrze głęboko w oczy.
- Zaraz ci wyjaśnię. - mówi cicho. - Ale najpierw zobacz strych. - kiwam głową. Nie da się ukryć, że jestem wściekła. Wbiegam po drabinie do maleńkiego pomieszczenia. Światło wpada tutaj przez gigantyczne okna, które właściwie tworzą obie ściany. Łóżko stoi po środku. Jest przykryte zwiewną, delikatną tkaniną, przypominającą płynną wodę. Rzucam się na nie ze zmęczenia i ku mojemu zdziwieniu łóżko ugina się pode mną i uniosi w górę.
- Co to do... - wykrztuszam i spadam na dywan.
- To jest łóżko wodne. - mówi Antony cicho. Na dworze zrobiło się już ciemno, a przez dach widać było migoczące gwiazdy. Usiadłam, więc wygodnie i patrzę. Jednak po kilku minutach przypominam sobie o ważniejszej sprawie.
- Będziecie mieć dziecko? - moje słowa zabrzmiały bardzo oschle i groźnie.
- Tak. - odpowiada Clarrissa, w oczach ma łzy. - Ja... nie chciałam, żebyś tak się o tym dowiedziała. Nie chciałam...
- Już dobrze. - przerywam jej już łagodniejszym tonem i ciągnę młodą parę do mnie na łózko. - Wszystko będzie super.
***
- Wstawaj! Dzisiaj dożynki. - słyszę głos mojego taty.
- To już dzisiaj? - pytam przerażona, ale nie czekając na odpowiedź zrywam się z łóżka, ubieram, czeszę i biegnę do domu mojej siostry. Jest już w szóstym miesiącu ciąży i strasznie się denerwuje tymi Igrzyskami. Przez te ostatnie pół roku spędzałam u niej mnóstwo czasu razem z Finnickiem. Nie chcę, żeby to się zmieniało. Te kilka miesięcy było najlepszym czasem w moim życiu.
piątek, 21 lutego 2014
Rozdział Dwunasty. Tournee Zwycięzców.
Ten rozdział dedykuję Weronice. Weny dziecko :D Przepraszam, że nie opisuję wszystkiego dokładnie, ale zajęłoby mi to zbyt dużo czasu i byłoby za długo ;3 Przez około tydzień nie będę dodawała żadnych postów, ponieważ wyjeżdżam :/ (jak na razie nie dodaję tutaj muzyki, bo nie jestem na swoim komputerze, a to trochę komplikuje sprawę ; ) )
Miłego czytania!
~ Pomyluna Everdeen
Szykujemy się do wyjścia, kiedy dopada mnie Mags.
- Kochanie, przedstawiliśmy cię jako nową miłość Finnicka i powiedzieliśmy, ze jesteś kuzynką poległej na arenie Fany. Rozumiesz? - mówi bardzo szybki i cicho. Na jej twarzy widzę mieszankę różnych uczuć.
- Jasne Mags. Rozumiem. - odpowiadam uspokajającym głosem i wychodzę na powietrze u boku Finnicka. Wszędzie widzę krzyczące dziewczyny i pył węglowy. Dosłownie wszystko jest nim pokryte. Idziemy przez zakryte śniegiem i lodem ulice. Obserwuję dokładnie miasto. Ten dystrykt jest maleńki. Nagle mój wzrok zatrzymuje się na małej ciemnowłosej dziewczynce o oliwkowej cerze i szarych oczach. Koło niej stoi jeszcze mniejsza blondynka. Odrywam się od ukochanego i podchodzę do małych osóbek.
- Cześć, jestem Annie. A wy? - pytam cicho.
- Ja jestem Katniss, a to moja siostra Prim. - odpowiada dziewczynka.
- Ile macie lat?
- Ja mam 7, a Prim ma 2. - mówi starsza, a mnie przeszywa dreszcz. Są bardzo młodziutkie.
- Czemu tu stoicie? Na zimnie? - pytam opanowanym głosem.
- Czekamy na tatę. Zaraz wyjdzie z kopalni. - piszczy młodsza, a ja kiwam głową i podaję im trochę pieniędzy. Po czym odchodzę. Były bardzo chude. Chciałam im jakoś pomóc.
Kiedy dochodzę do Pałacu Sprawiedliwości wszyscy tam już są, a Finnick wchodzi na scenę. Wygłasza jakieś przemówienie, którego nie słucham. Gdy schodzi mamy iść na uroczysty obiad, ale ja odciągam go na bok.
- Finnick, nie mogę być na kolacji. Muszę iść na plac przed Pałacem. - mówię szeptem. - Potrzebuję jak najwięcej pieniędzy. - dodaję, a Odair bez słowa kiwa głową i po chwili wraca z całą sakiewką monet. Biorę ją i wybiegam na zewnątrz. Rozglądam się chwilę i wchodzę po kolei do paru sklepów. W każdym kupuję najróżniejsze przedmioty potrzebne do codziennego życia jak mydło, jedzenie ubrania itp. Gdy kończę zakupy jest nimi wręcz obładowana, ale szczęśliwa. Tłum, ciągle zebrany na placu patrzy się na mnie ze zdumieniem, ale ja bez większych ceregieli wpycham rozmaite rzeczy co biedniejszym ludziom. Nikt nie protestuje, tylko dziękuje mi serdecznie. Na końcu zostaje mi zaledwie parę rzeczy, ale doskonale wiem, komu je oddam. Pytam kilku ludzi, a oni wskazują mi drogę do malutkiego domu na samym skraju dystryktu. Tam mieszka Katniss i Prim. Pukam do drzwi. Otwiera mi jakaś kobieta. Najprawdopodobniej ich matka.
- Dzień dobry. Zastałam może... eeeem. pani córki? - pytam niepewnie.
- Tak. - odpowiada kobieta zachęcając mnie ręką do wejścia. - Czy to pani nie jest Annie Cresta?
- Owszem. To ja. - mówię cicho. W tym samym momencie zauważam starszą z dziewczynek, które spotkałam na drodze.
- Co pani tu robi? - pyta cicho wpatrując się we mnie uważnie.
- Chciałam wam trochę pomóc. Przyniosłam parę rzeczy. Porozdawałam większość biedniejszym ludziom, ale pomyślałam też o was. - oznajmiam i wręczam małej trochę jedzenia, ubranek i zabawek i przyjmując wyrazy podziękowania wychodzę.
Gdy wracam do Finnicka uczta właśnie się kończy, więc wszyscy wracają na peron, a ja odpowiadam ukochanemu na co potrzebne były mi pieniądze.
- Dobrze zrobiłaś. - podsumowuje pomagając mi wejść do naszego wagonu.
Tak robiłam w każdym dystrykcie aż do piątego, gdyż tutaj nie ma tyle biednych ludzi. Pierwszy raz jestem na uczcie, ale nie bawię się dobrze. Nie słucham co mówią ludzie, tylko wolno jem potrawkę z indyka i przyglądam się sali w której jesteśmy. Ściany są pomalowane na biało, a na nich wiszą różne obrazy przedstawiające wiele nie znanych mi ludzi. Stół jest zielony, tak jak krzesła na których siedzimy. Ani trochę mi się tu nie podoba. Z ulgą wsiadam do pociągu. Podróże mijają bardzo szybko, gdyż tutaj odległości między dystryktami są raczej małe, więc już 3 godziny później, które ja spędziłam na rzeźbieniu jakiejś miski wysiadamy w Trójce.
Jest to dystrykt zajmujący się techniką, co widać tu na każdym kroku.. Ludzie wcale nie ciepią biedy. Widać dużo nowoczesnych samochodów, a Pałac Sprawiedliwości wygląda jak jeden wielki komputer. W ogóle mi się tu nie podoba. Finnickowi też. Po jego minię widzę, jak bardzo chce wrócić do domu. Na szczęście to już nie długo.
W Dwójce zdarzyło się jednak coś dziwnego. Tak jak pomijałam opisy reszty dystryktów tak tutaj muszę się zatrzymać. Gdy tylko wjechaliśmy zobaczyliśmy wiele różnych pól i boisk, a na nich młodych ludzi przygotowujących się do Igrzysk. Teraz wysiadamy na peronie i wsiadamy do wygodnego, czerwonego auta. Mijający nas ludzie patrzą nam w oczy z pogardą i wściekłością. Nienawidzą nas. Czuję zimny pot na twarzy. Mam dziwne wrażenie, że zdarzy się coś niedobrego. Bardzo szybko wychodzimy z pojazdu tuż przy wejściu do Pałacu i wychodzimy na balkon. Co dziwniejsze otacza go pole siłowe. Rozglądam się po wzburzonym tłumie. Tutaj nie ma wrzeszczących z przejęcia dziewczyn. Ludzie stoją prosto, z kamiennymi twarzami. Gdy Finnick kończy przemowę rozlegają się ciche złowrogie brawa. Idziemy do sali jadalnej i zaczynamy jeść. Podchodzi do nas kelner i pyta czy mamy ochotę na coś specjalnego. Ja odmawiam, ale Finnick prosi o szklankę wody. Chłopak przynosi ją dwie minuty później. Mój ukochany zbliża szklankę do ust i wypija jeden mały łyk. Już wiem, że stało się coś złego. Nagle Odair łapie się za gardło i zaczyna niekontrolowanie kaszleć. Wszyscy zrywają się od stołu, a Mags podnosi Finnicka z ziemi i przy pomocy jakiegoś ochroniarza zanosi go do pokoju obok. Chcę tam wejść, ale strażnicy nie chcą mnie wpuścić, więc osuwam się na ziemię i czekam. Po piętnastu minutach z pokoju wychodzi moja mentorka z ochroniarzem trzymającym Finnicka pod ramię. Inny, bardzo podobny zresztą osobnik łapie mnie wpół i wynosi to samochodu. Nie mam siły się szamotać. Po pięciu minutach jesteśmy już w pociągu, aja wybucham.
- Co się stało Mags? CO SIĘ STAŁO? - wrzeszczę.
- Ktoś podał mu truciznę. - odpowiada Mags łamiącym się głosem, a ja nie wierzę własnym uszom. - Im szybciej wrócimy do domu, tym lepiej. Poinformowałam Kapitol, że nie zostaniemy tam cały tydzień, jak było w planach, a jedynie jeden dzień. Powinniście wrócić jak najszybciej do domu. - dodaje, a ja kiwam głową. Absolutnie się z nią zgadzam.
W Jedynce, ani w Kapitolu nie działo się nic ciekawego. Powitano nas i pożegnano z wszelkimi wyróżnieniami, szczególnie jeżeli chodzi o Finnicka. Mimo to, jestem bardzo niespokojna.
Miłego czytania!
~ Pomyluna Everdeen
Szykujemy się do wyjścia, kiedy dopada mnie Mags.
- Kochanie, przedstawiliśmy cię jako nową miłość Finnicka i powiedzieliśmy, ze jesteś kuzynką poległej na arenie Fany. Rozumiesz? - mówi bardzo szybki i cicho. Na jej twarzy widzę mieszankę różnych uczuć.
- Jasne Mags. Rozumiem. - odpowiadam uspokajającym głosem i wychodzę na powietrze u boku Finnicka. Wszędzie widzę krzyczące dziewczyny i pył węglowy. Dosłownie wszystko jest nim pokryte. Idziemy przez zakryte śniegiem i lodem ulice. Obserwuję dokładnie miasto. Ten dystrykt jest maleńki. Nagle mój wzrok zatrzymuje się na małej ciemnowłosej dziewczynce o oliwkowej cerze i szarych oczach. Koło niej stoi jeszcze mniejsza blondynka. Odrywam się od ukochanego i podchodzę do małych osóbek.
- Cześć, jestem Annie. A wy? - pytam cicho.
- Ja jestem Katniss, a to moja siostra Prim. - odpowiada dziewczynka.
- Ile macie lat?
- Ja mam 7, a Prim ma 2. - mówi starsza, a mnie przeszywa dreszcz. Są bardzo młodziutkie.
- Czemu tu stoicie? Na zimnie? - pytam opanowanym głosem.
- Czekamy na tatę. Zaraz wyjdzie z kopalni. - piszczy młodsza, a ja kiwam głową i podaję im trochę pieniędzy. Po czym odchodzę. Były bardzo chude. Chciałam im jakoś pomóc.
Kiedy dochodzę do Pałacu Sprawiedliwości wszyscy tam już są, a Finnick wchodzi na scenę. Wygłasza jakieś przemówienie, którego nie słucham. Gdy schodzi mamy iść na uroczysty obiad, ale ja odciągam go na bok.
- Finnick, nie mogę być na kolacji. Muszę iść na plac przed Pałacem. - mówię szeptem. - Potrzebuję jak najwięcej pieniędzy. - dodaję, a Odair bez słowa kiwa głową i po chwili wraca z całą sakiewką monet. Biorę ją i wybiegam na zewnątrz. Rozglądam się chwilę i wchodzę po kolei do paru sklepów. W każdym kupuję najróżniejsze przedmioty potrzebne do codziennego życia jak mydło, jedzenie ubrania itp. Gdy kończę zakupy jest nimi wręcz obładowana, ale szczęśliwa. Tłum, ciągle zebrany na placu patrzy się na mnie ze zdumieniem, ale ja bez większych ceregieli wpycham rozmaite rzeczy co biedniejszym ludziom. Nikt nie protestuje, tylko dziękuje mi serdecznie. Na końcu zostaje mi zaledwie parę rzeczy, ale doskonale wiem, komu je oddam. Pytam kilku ludzi, a oni wskazują mi drogę do malutkiego domu na samym skraju dystryktu. Tam mieszka Katniss i Prim. Pukam do drzwi. Otwiera mi jakaś kobieta. Najprawdopodobniej ich matka.
- Dzień dobry. Zastałam może... eeeem. pani córki? - pytam niepewnie.
- Tak. - odpowiada kobieta zachęcając mnie ręką do wejścia. - Czy to pani nie jest Annie Cresta?
- Owszem. To ja. - mówię cicho. W tym samym momencie zauważam starszą z dziewczynek, które spotkałam na drodze.
- Co pani tu robi? - pyta cicho wpatrując się we mnie uważnie.
- Chciałam wam trochę pomóc. Przyniosłam parę rzeczy. Porozdawałam większość biedniejszym ludziom, ale pomyślałam też o was. - oznajmiam i wręczam małej trochę jedzenia, ubranek i zabawek i przyjmując wyrazy podziękowania wychodzę.
Gdy wracam do Finnicka uczta właśnie się kończy, więc wszyscy wracają na peron, a ja odpowiadam ukochanemu na co potrzebne były mi pieniądze.
- Dobrze zrobiłaś. - podsumowuje pomagając mi wejść do naszego wagonu.
Tak robiłam w każdym dystrykcie aż do piątego, gdyż tutaj nie ma tyle biednych ludzi. Pierwszy raz jestem na uczcie, ale nie bawię się dobrze. Nie słucham co mówią ludzie, tylko wolno jem potrawkę z indyka i przyglądam się sali w której jesteśmy. Ściany są pomalowane na biało, a na nich wiszą różne obrazy przedstawiające wiele nie znanych mi ludzi. Stół jest zielony, tak jak krzesła na których siedzimy. Ani trochę mi się tu nie podoba. Z ulgą wsiadam do pociągu. Podróże mijają bardzo szybko, gdyż tutaj odległości między dystryktami są raczej małe, więc już 3 godziny później, które ja spędziłam na rzeźbieniu jakiejś miski wysiadamy w Trójce.
Jest to dystrykt zajmujący się techniką, co widać tu na każdym kroku.. Ludzie wcale nie ciepią biedy. Widać dużo nowoczesnych samochodów, a Pałac Sprawiedliwości wygląda jak jeden wielki komputer. W ogóle mi się tu nie podoba. Finnickowi też. Po jego minię widzę, jak bardzo chce wrócić do domu. Na szczęście to już nie długo.
W Dwójce zdarzyło się jednak coś dziwnego. Tak jak pomijałam opisy reszty dystryktów tak tutaj muszę się zatrzymać. Gdy tylko wjechaliśmy zobaczyliśmy wiele różnych pól i boisk, a na nich młodych ludzi przygotowujących się do Igrzysk. Teraz wysiadamy na peronie i wsiadamy do wygodnego, czerwonego auta. Mijający nas ludzie patrzą nam w oczy z pogardą i wściekłością. Nienawidzą nas. Czuję zimny pot na twarzy. Mam dziwne wrażenie, że zdarzy się coś niedobrego. Bardzo szybko wychodzimy z pojazdu tuż przy wejściu do Pałacu i wychodzimy na balkon. Co dziwniejsze otacza go pole siłowe. Rozglądam się po wzburzonym tłumie. Tutaj nie ma wrzeszczących z przejęcia dziewczyn. Ludzie stoją prosto, z kamiennymi twarzami. Gdy Finnick kończy przemowę rozlegają się ciche złowrogie brawa. Idziemy do sali jadalnej i zaczynamy jeść. Podchodzi do nas kelner i pyta czy mamy ochotę na coś specjalnego. Ja odmawiam, ale Finnick prosi o szklankę wody. Chłopak przynosi ją dwie minuty później. Mój ukochany zbliża szklankę do ust i wypija jeden mały łyk. Już wiem, że stało się coś złego. Nagle Odair łapie się za gardło i zaczyna niekontrolowanie kaszleć. Wszyscy zrywają się od stołu, a Mags podnosi Finnicka z ziemi i przy pomocy jakiegoś ochroniarza zanosi go do pokoju obok. Chcę tam wejść, ale strażnicy nie chcą mnie wpuścić, więc osuwam się na ziemię i czekam. Po piętnastu minutach z pokoju wychodzi moja mentorka z ochroniarzem trzymającym Finnicka pod ramię. Inny, bardzo podobny zresztą osobnik łapie mnie wpół i wynosi to samochodu. Nie mam siły się szamotać. Po pięciu minutach jesteśmy już w pociągu, aja wybucham.
- Co się stało Mags? CO SIĘ STAŁO? - wrzeszczę.
- Ktoś podał mu truciznę. - odpowiada Mags łamiącym się głosem, a ja nie wierzę własnym uszom. - Im szybciej wrócimy do domu, tym lepiej. Poinformowałam Kapitol, że nie zostaniemy tam cały tydzień, jak było w planach, a jedynie jeden dzień. Powinniście wrócić jak najszybciej do domu. - dodaje, a ja kiwam głową. Absolutnie się z nią zgadzam.
W Jedynce, ani w Kapitolu nie działo się nic ciekawego. Powitano nas i pożegnano z wszelkimi wyróżnieniami, szczególnie jeżeli chodzi o Finnicka. Mimo to, jestem bardzo niespokojna.
***
- Annie! Annie! Pobudka! Za pięć minut będziemy w Czwórce. - słyszę cichy przyjemny głos.
- Już wstaję Finnick. - mruczę i otwieram oczy. Leże w pokoju ukochanego jak zawsze podczas tego Tournee.
- Nareszcie będziemy w domu! - krzyczy wesoło piękny chłopiec leżący u mojego boku i całuje mnie w szyję.
środa, 19 lutego 2014
Rozdział Jedenasty. Ślub i pociąg.
Ostatni rozdział z muzyką bardzo wam się podobał, więc postanowiłam kontynuować dodawanie piosenek :) Oczywiście, jeżeli komuś przeszkadzają wystarczy ją wyłączyć ;D Dedykuję ten rozdział Carolinie Szcześniak <3
Miłego czytania.
~ Pomyluna Everdeen.
(włącz piosenkę Michelle)
Patrzę na Finnicka szklanym wzrokiem. Jestem bardzo szczęśliwa. Nie wiedziałam co będzie, jak powiem Antony'emu, że kocham tylko Odaira, a teraz będę mogła być z chłopakiem, którego kocham i na dodatek nie stracę przyjaciela.
- To jak mała? Idziemy? - dopytuje Finnick. Ma na sobie biały garnitur z niebieskimi pasmami, a w ręku trzyma prześliczną perłową sukienkę obszytą muszlami.
- Z tobą? Zawsze! - odpowiadam z uśmiechem i rozglądam się po pokoju. Ściany przemalowano na biało i zielono. Na przeciwko mojego łożka stoi toaletka z różnymi kosmetykami zarówno do ciała jak i do włosów. Jest zrobiona z drewna zabarwionego na zielono. Wstaję i idę pod prysznic. Gdy wychodzę z łazienki jestem w samym ręczniku, więc wyganiam Finnicka i zabieram się do robienia makijażu. Nigdy nie byłam w tym dobra. Jedyne co mi się udało zrobić to zielona kreska na oku i pomalowanie rzęs maskarą. Musi wystarczyć. Z włosami mam nieco mniejszy problem. Łapię je wszystkie, jakbym chciała zrobić kitkę i zaczynam skręcać. Dzięki temu na czubku mojej głowy powstaje dosyć ładny, duży i poskręcany kok. Zauważam, że trochę włosów mi uciekło i stworzyło z przodu ładne lekko skręcone pasemko. Wygląda uroczo, więc go nie ruszam. Jedyne co jeszcze robię, to wpinam spinkę z perłą. Gdy to mam załatwione ubieram się w sukienkę i wkładam specjalnie dla mnie zrobione buty z małym obcasem i w kolorze morza.
Schodzę na dół, ale w kuchni kręci się mnóstwo ludzi przygotowujących wesele, więc wychodzę przed dom. Tutaj są porozstawiane różne stoły. Nie przyglądam się im bliżej i kieruję się w stronę plaży. Nigdy nie potrafiłam chodzić w butach na obcasach, więc je zdejmuję i na boso ruszam przez plażę. Zajęta podtrzymywaniem sukni dopiero po paru chwilach zauważam wielki skrawek plaży otoczony co większymi muszlami. W środku tak stworzonego kwadratu widzę kilka rzędów białych, rzeźbionych ręcznie przez mojego tatę krzeseł. Oczywiście pośrodku ich znajduje się przejśće dla panny młodej niemalże do samego morza, gdzie zauważam coś na kształt łuku weselnego z wyrzuconych na brzeg gałęzi drzew splecionych ze sobą różnokolorowymi wodorostami. Wszystko to wygląda zachwycająco. Podchodzę bliżej. Na każdym krześle jest coś wyrzeźbione. A to jakaś muszelka, jakieś słowo, kwiat, ryba. Siadam w pierwszym rzędzie na krześle z wyrzeźbionymi obrączkami.
Zaczynają schodzić się goście. Zauważam Finnicka i macham do niego. Siada koło mnie.
- Dobre krzesło wybrałaś. Będziesz podawać im to. - mówi i pokazuje mi białą malutką poduszkę wyszywaną perłami i dwoma pierścionkami z koralowca.
- Piękne. - szepczę, bo wszyscy już umilkli i obrócili się jak na komendę.
( włącz piosenkę Muzyka Weselna)
Rozlegają się pierwsze rytmy marsza weselnego i przez środek przechodzi Antony. Wygląda niesamowicie. Biały garnitur z gdzieniegdzie naszywanymi różnokolorowymi perłami. Przepiękny. Staje pod łukiem, ale nie jest sam, Ktoś już tam stoi. To Johanna Mason. Zwyciężyła jakieś Igrzyska. Jakim cudem zgodziła się prowadzić ceremonię? W życiu nie odgadnę. Przestaję się tym zadręczać dopiero, gdy zauważam moją siostrę i tatę. Ojciec jest ubrany na biało, ale mało odświętnie. Moją uwagę przyciąga Clarrissa. Ma białą suknię, na której są przyszyte muszle i perły. To sukienka mojej mamy. Na głowie ma diadem zrobiony z białego koralowca. Dałam jej go, kiedy miałam dziesięć lat jako prezent urodzinowy. Już się zatrzymała i patrzy mojemu przyjacielowi w oczy powtarzając dyktowane przez Johannę słowa. W pewnym momencie Mason kiwa do mnie ręką, więc wstaję i podchodzę z obrączkami. Każde z nowożeńców bierze po jednej, a ja siadam. Niewiele widzę przez łzy. To takie wzruszające. Słońce zaczęło zachodzić, a wszystko skąpało się w pomarańczowo- czerwonym blasku. Niesamowite. Pora na pocałunek. Cała widownia wzdycha. Clarrissa rzuca bukiet z kwiatami, a ja go łapię i uśmiecham się triumfalnie.
(włącz piosenkę Let it be)
Siedzimy na weselu. Wszystko idzie jak najlepiej. Dania smakują wybornie, a tort wygląda przepięknie. Wszędzie wiszą niebieskie i zielone lampiony, więc wszystkie przystrojone owocami morza stoły okrywa delikatna poświata. Większość ludzi, a przede wszystkim par bawi się na parkiecie. Akurat leci wolna piosenka, więc delikatnie kołyszę się z Finnickiem. Ramiona mam zarzucone na jego szyję, a on trzyma rękę na mojej talii.
- To co kochana... Jedziesz ze mną na Tournee? To już za dwa tygodnie. - pyta Odair cicho.
- Jeżeli obiecasz mi, że nie znajdziesz sobie w innym dystrykcie żadnej dziewczyny. - odpowiadam udając zniesmaczenie.
- Przy tobie żadna w moich oczach nie będzie interesująca. - oznajmia Finnick i delikatnie muska swoimi ustami moje, a ja tulę się do jego ramienia. To mój najlepszy wieczór w życiu.
***
(włącz piosenkę Hello Goodbye)
- Annie pospiesz się, bo spóźnisz się na pociąg! - krzyczy Clarrissa. - Za godzinę odjeżdżacie! Ruszże się kobieto.
- Biegnę! - wołam i wkładam do walizki szczoteczkę do zębów, po czym targam ją na schody. - Mamy problem! Prędzej drugi raz wygram Igrzyska, niż zniosę to na dół!
- Ja ci pomogę. - mówi Hamon i podnosi walizkę, jakby ważyła tyle co piórko. Dwie minuty później ściskam się z całą rodziną i Antonym, po czym wychodzę na dwór, a na kupce drewna zostawiam list do taty. Jest teraz na polowaniu. Pod dom podjeżdża samochód, więc wsiadam do niego i pół godziny później jestem na dworcu. Zakradam się cicho do wagonu przeznaczonego dla mnie i Finnicka, po czym zamykam drzwi. Z drugiej strony peronu słyszę krzyki i widzę błyski fleszy. To kamery z Kapitolu odprowadzają mojego ukochanego do pociągu.
Wsiada, a ja rzucam się mu na szyję. Nie widzieliśmy się właściwie od wesela mojej siostry, ponieważ przed Tournee robiono w Finnickiem z milion wywiadów, a ja pomagałam budować dom dla Antony'ego i Clarrissy. Jest już prawie gotowy. Wystarczy wnieść meble.
- Witaj kochanie! - krzyczy Lauren na mój widok.- Dawno cię nie widziałam! Chciałam tylko powiedzieć, ze w Dwunastce będziemy dopiero jutro po południu. Miłej podróży. - oznajmia. - Macie jakieś pytania?
- Tylko jedno, co tu można robić? - pytam.
- Mnóstwo rzeczy! Jest tutaj wagon, który wygląda jak łąka, strzelnica, pracownia malarska i rzeźbiarska, a no i basen. - wylicza Lauren i pokazuje nam drogę. Wie, że od razu będziemy chcieli popływać. Gdy wchodzimy do dobrego wagonu ukazuje się nam wcale nie mały basen. Idę do damskiej szatni i ubieram się w jakiś kostium. Kiedy wychodzę zauważam Finnicka robiącego coś przy jakimś urządzeniu.
- Co to jest? - pytam z zainteresowaniem.
- Gramofon. Odtwarza muzykę. Znalazłem trochę takich starych piosenek... Chcesz posłuchać?
- Jasne! - mówię, a on puszcza jakąś piękną piosenkę do której aż chce się tańczyć.
(włącz piosenkę Get Lucky)
Finnick rzeczywiście zaczął poruszać się w rytm muzyki, złapał mnie i wrzucił do basenu. Był on niezwykły. Pod powierzchnią pływały różne piękne, kolorowe ryby i rosły wodorosty.
Spędziliśmy resztę popołudnia pływając i słuchając piosenek z dawnych lat. W końcu zawołano nas na kolację składająca się głównie z owoców morza, co bardzo mnie i Odaira rozśmieszyło. Po zjedzeniu wybornych krewetek i wypiciu kieliszka wina idziemy do pokoju Finnicka.Tu przebieramy się w piżamy i idziemy spać. Czuję ciepło ramion ukochanego obejmującego mnie w pasie. Tęskniłam za tym. Po kwadransie zasypiam. Budzę się dopiero o jedenastej i idę na spóźnione śniadanie. Wracam do swojego pokoju i ubieram się w jasnoróżową sukienkę bez ramiączek. Idę szukać Finnicka. Znajduję go na strzelnicy.
- Nie chciałem cię budzić. - mówi na wstępie widząc moją minę. - Za kilka minut będziemy.
Rzeczywiście pięć minut później pociąg zatrzymuje się, a do naszych uszu dobiega krzyk dziewczyn czekających na zobaczenie Finnicka.
- Pamiętaj co mi obiecałeś. - szepczę cicho.
- Zawsze. - odpowiada i całuje mnie w szyję.
Miłego czytania.
~ Pomyluna Everdeen.
(włącz piosenkę Michelle)
Patrzę na Finnicka szklanym wzrokiem. Jestem bardzo szczęśliwa. Nie wiedziałam co będzie, jak powiem Antony'emu, że kocham tylko Odaira, a teraz będę mogła być z chłopakiem, którego kocham i na dodatek nie stracę przyjaciela.
- To jak mała? Idziemy? - dopytuje Finnick. Ma na sobie biały garnitur z niebieskimi pasmami, a w ręku trzyma prześliczną perłową sukienkę obszytą muszlami.
- Z tobą? Zawsze! - odpowiadam z uśmiechem i rozglądam się po pokoju. Ściany przemalowano na biało i zielono. Na przeciwko mojego łożka stoi toaletka z różnymi kosmetykami zarówno do ciała jak i do włosów. Jest zrobiona z drewna zabarwionego na zielono. Wstaję i idę pod prysznic. Gdy wychodzę z łazienki jestem w samym ręczniku, więc wyganiam Finnicka i zabieram się do robienia makijażu. Nigdy nie byłam w tym dobra. Jedyne co mi się udało zrobić to zielona kreska na oku i pomalowanie rzęs maskarą. Musi wystarczyć. Z włosami mam nieco mniejszy problem. Łapię je wszystkie, jakbym chciała zrobić kitkę i zaczynam skręcać. Dzięki temu na czubku mojej głowy powstaje dosyć ładny, duży i poskręcany kok. Zauważam, że trochę włosów mi uciekło i stworzyło z przodu ładne lekko skręcone pasemko. Wygląda uroczo, więc go nie ruszam. Jedyne co jeszcze robię, to wpinam spinkę z perłą. Gdy to mam załatwione ubieram się w sukienkę i wkładam specjalnie dla mnie zrobione buty z małym obcasem i w kolorze morza.
Schodzę na dół, ale w kuchni kręci się mnóstwo ludzi przygotowujących wesele, więc wychodzę przed dom. Tutaj są porozstawiane różne stoły. Nie przyglądam się im bliżej i kieruję się w stronę plaży. Nigdy nie potrafiłam chodzić w butach na obcasach, więc je zdejmuję i na boso ruszam przez plażę. Zajęta podtrzymywaniem sukni dopiero po paru chwilach zauważam wielki skrawek plaży otoczony co większymi muszlami. W środku tak stworzonego kwadratu widzę kilka rzędów białych, rzeźbionych ręcznie przez mojego tatę krzeseł. Oczywiście pośrodku ich znajduje się przejśće dla panny młodej niemalże do samego morza, gdzie zauważam coś na kształt łuku weselnego z wyrzuconych na brzeg gałęzi drzew splecionych ze sobą różnokolorowymi wodorostami. Wszystko to wygląda zachwycająco. Podchodzę bliżej. Na każdym krześle jest coś wyrzeźbione. A to jakaś muszelka, jakieś słowo, kwiat, ryba. Siadam w pierwszym rzędzie na krześle z wyrzeźbionymi obrączkami.
Zaczynają schodzić się goście. Zauważam Finnicka i macham do niego. Siada koło mnie.
- Dobre krzesło wybrałaś. Będziesz podawać im to. - mówi i pokazuje mi białą malutką poduszkę wyszywaną perłami i dwoma pierścionkami z koralowca.
- Piękne. - szepczę, bo wszyscy już umilkli i obrócili się jak na komendę.
( włącz piosenkę Muzyka Weselna)
Rozlegają się pierwsze rytmy marsza weselnego i przez środek przechodzi Antony. Wygląda niesamowicie. Biały garnitur z gdzieniegdzie naszywanymi różnokolorowymi perłami. Przepiękny. Staje pod łukiem, ale nie jest sam, Ktoś już tam stoi. To Johanna Mason. Zwyciężyła jakieś Igrzyska. Jakim cudem zgodziła się prowadzić ceremonię? W życiu nie odgadnę. Przestaję się tym zadręczać dopiero, gdy zauważam moją siostrę i tatę. Ojciec jest ubrany na biało, ale mało odświętnie. Moją uwagę przyciąga Clarrissa. Ma białą suknię, na której są przyszyte muszle i perły. To sukienka mojej mamy. Na głowie ma diadem zrobiony z białego koralowca. Dałam jej go, kiedy miałam dziesięć lat jako prezent urodzinowy. Już się zatrzymała i patrzy mojemu przyjacielowi w oczy powtarzając dyktowane przez Johannę słowa. W pewnym momencie Mason kiwa do mnie ręką, więc wstaję i podchodzę z obrączkami. Każde z nowożeńców bierze po jednej, a ja siadam. Niewiele widzę przez łzy. To takie wzruszające. Słońce zaczęło zachodzić, a wszystko skąpało się w pomarańczowo- czerwonym blasku. Niesamowite. Pora na pocałunek. Cała widownia wzdycha. Clarrissa rzuca bukiet z kwiatami, a ja go łapię i uśmiecham się triumfalnie.
(włącz piosenkę Let it be)
Siedzimy na weselu. Wszystko idzie jak najlepiej. Dania smakują wybornie, a tort wygląda przepięknie. Wszędzie wiszą niebieskie i zielone lampiony, więc wszystkie przystrojone owocami morza stoły okrywa delikatna poświata. Większość ludzi, a przede wszystkim par bawi się na parkiecie. Akurat leci wolna piosenka, więc delikatnie kołyszę się z Finnickiem. Ramiona mam zarzucone na jego szyję, a on trzyma rękę na mojej talii.
- To co kochana... Jedziesz ze mną na Tournee? To już za dwa tygodnie. - pyta Odair cicho.
- Jeżeli obiecasz mi, że nie znajdziesz sobie w innym dystrykcie żadnej dziewczyny. - odpowiadam udając zniesmaczenie.
- Przy tobie żadna w moich oczach nie będzie interesująca. - oznajmia Finnick i delikatnie muska swoimi ustami moje, a ja tulę się do jego ramienia. To mój najlepszy wieczór w życiu.
***
(włącz piosenkę Hello Goodbye)
- Annie pospiesz się, bo spóźnisz się na pociąg! - krzyczy Clarrissa. - Za godzinę odjeżdżacie! Ruszże się kobieto.
- Biegnę! - wołam i wkładam do walizki szczoteczkę do zębów, po czym targam ją na schody. - Mamy problem! Prędzej drugi raz wygram Igrzyska, niż zniosę to na dół!
- Ja ci pomogę. - mówi Hamon i podnosi walizkę, jakby ważyła tyle co piórko. Dwie minuty później ściskam się z całą rodziną i Antonym, po czym wychodzę na dwór, a na kupce drewna zostawiam list do taty. Jest teraz na polowaniu. Pod dom podjeżdża samochód, więc wsiadam do niego i pół godziny później jestem na dworcu. Zakradam się cicho do wagonu przeznaczonego dla mnie i Finnicka, po czym zamykam drzwi. Z drugiej strony peronu słyszę krzyki i widzę błyski fleszy. To kamery z Kapitolu odprowadzają mojego ukochanego do pociągu.
Wsiada, a ja rzucam się mu na szyję. Nie widzieliśmy się właściwie od wesela mojej siostry, ponieważ przed Tournee robiono w Finnickiem z milion wywiadów, a ja pomagałam budować dom dla Antony'ego i Clarrissy. Jest już prawie gotowy. Wystarczy wnieść meble.
- Witaj kochanie! - krzyczy Lauren na mój widok.- Dawno cię nie widziałam! Chciałam tylko powiedzieć, ze w Dwunastce będziemy dopiero jutro po południu. Miłej podróży. - oznajmia. - Macie jakieś pytania?
- Tylko jedno, co tu można robić? - pytam.
- Mnóstwo rzeczy! Jest tutaj wagon, który wygląda jak łąka, strzelnica, pracownia malarska i rzeźbiarska, a no i basen. - wylicza Lauren i pokazuje nam drogę. Wie, że od razu będziemy chcieli popływać. Gdy wchodzimy do dobrego wagonu ukazuje się nam wcale nie mały basen. Idę do damskiej szatni i ubieram się w jakiś kostium. Kiedy wychodzę zauważam Finnicka robiącego coś przy jakimś urządzeniu.
- Co to jest? - pytam z zainteresowaniem.
- Gramofon. Odtwarza muzykę. Znalazłem trochę takich starych piosenek... Chcesz posłuchać?
- Jasne! - mówię, a on puszcza jakąś piękną piosenkę do której aż chce się tańczyć.
(włącz piosenkę Get Lucky)
Finnick rzeczywiście zaczął poruszać się w rytm muzyki, złapał mnie i wrzucił do basenu. Był on niezwykły. Pod powierzchnią pływały różne piękne, kolorowe ryby i rosły wodorosty.
Spędziliśmy resztę popołudnia pływając i słuchając piosenek z dawnych lat. W końcu zawołano nas na kolację składająca się głównie z owoców morza, co bardzo mnie i Odaira rozśmieszyło. Po zjedzeniu wybornych krewetek i wypiciu kieliszka wina idziemy do pokoju Finnicka.Tu przebieramy się w piżamy i idziemy spać. Czuję ciepło ramion ukochanego obejmującego mnie w pasie. Tęskniłam za tym. Po kwadransie zasypiam. Budzę się dopiero o jedenastej i idę na spóźnione śniadanie. Wracam do swojego pokoju i ubieram się w jasnoróżową sukienkę bez ramiączek. Idę szukać Finnicka. Znajduję go na strzelnicy.
- Nie chciałem cię budzić. - mówi na wstępie widząc moją minę. - Za kilka minut będziemy.
Rzeczywiście pięć minut później pociąg zatrzymuje się, a do naszych uszu dobiega krzyk dziewczyn czekających na zobaczenie Finnicka.
- Pamiętaj co mi obiecałeś. - szepczę cicho.
- Zawsze. - odpowiada i całuje mnie w szyję.
poniedziałek, 17 lutego 2014
Rozdział Dziesiąty. Depresja.
Drogi czytelniku! Przepraszam za ostatni rozdział i za ten. Wiem, że są dosyć męczące i ciężkie, ale są to zabiegi konieczne do dalszego rozwoju akcji! Następne na pewno o wiele bardziej przypadną Ci do gustu! Miłego czytania!!!
ps. Dodałam tutaj muzykę, ale oczywiście, jeżeli ktoś nie chce jej słuchać może ją po prostu wyłączyć. Buźka ;* / Pomyluna Everdeen
(włącz piosenkę The Hanging Tree)
Przestaję myśleć. Czyli prawie całe moje życie to jedno wielkie kłamstwo. Patrzę w oczy Antony'ego i staram się nie rozpłakać. Przez te wszystkie lata, mówił mi, że jest moim przyjacielem, że tylko ja się dla niego liczę, bo jestem dla niego jak młodsza siostra. Odwracam się i uciekam do lasu. Przedzieram się przez chaszcze. Nie czuję bólu, gdy gałązki z kolcami przecinają moją skórę. W końcu upadam potykając się o jakąś kłodę i nie mam siły się podnieść. Igrzyska popsuły wszystko. Ziemia jest wilgotna, ale ciepła. Gładzę ją ręką, jak mojego najlepszego przyjaciela, którego zresztą przed chwilą utraciłam. Zamykam oczy. W wyobraźni widzę Antony'ego i Finnicka. Którego z nich wybrać? Najlepiej żadnego. Będę sama, bez chłopaka, nie będę miała dzieci i nie narażę ich na udział w Igrzyskach. Nigdy.
Powoli wstaję i rozglądam się wokół siebie, ale nie mam pojęcia gdzie jestem. Zauważam jednak dziurę w gęstwinie, jakby jakieś zwierze ją torowało. Oczywiście, to żadne zwierze, tylko ja. Podążając tym szlakiem dochodzę w końcu do domu. Palą się tam wszystkie światła, a przez okno widzę moją siostrę i panią Hapburn, więc wchodzę bez wahania, mimo że wiem, iż czeka mnie awantura.
- O mój boże! - krzyczy mama Antony'ego i łapie mnie w ramiona. Clarrissa podnosi się ciężko z krzesła, Jest bardzo blada.
- Idę zawołać... chłopców... - mówi. Ledwo oddycha. Wyrywam się z ramion pani Hapburn i przytulam siostrę.
- Już, spokojnie, nic mi nie jest. Przepraszam. - mówię. Jest mi bardzo przykro, że tak ją zdenerwowałam. - Uspokój się proszę. Oddychaj.
- Oczywiście. Już, już. Przepraszam - odpowiada moja siostra i uśmiecha się delikatnie i wychodzi na podwórko. - Taaaaato! Finnick! Antony! Panie Hapburn! Przyszła! - krzyczy w ciemność łamiącym się głosem. Słyszę zamieszanie. Kilka osób naraz przechodzi przez furtkę i wpada do salonu.
- Annie! Annie! - krzyczy Finnick, podchodzi do mnie i przytula. Ja się nie cofam. Jest mi wszystko jedno. Spoglądam na innych. Mój pseudo przyjaciel stoi za Odairem i uśmiecha się przepraszająco, a ja kiwam głową, nie mam zamiaru się na niego gniewać. Czuję ogromne zmęczenie, więc oznajmiam, że jest już późno i należy pomyśleć o śnie. Wszyscy się ze mną zgadzają, więc idę wziąć prysznic i kładę się do łóżka. Po dwóch nieprzespanych dniach jestem wyczerpana, więc tym razem zasypiam natychmiast. Jednak w moich snach wciąż przewijają się twarze Finnicka i Antony'ego, więc rano budzę się jeszcze bardziej zmęczona, niż jak kładłam się spać.
(włącz piosenkę Hey Jude)
- Do kitu taki sen. - warczę zeźlona.
- Nie da się ukryć. Całą noc jęczałaś. - odpowiada głęboki, niski głos. Należy do mojego brata.
- Hamon! - krzyczę. Bardzo się za nim stęskniłam. Tuż po zakończeniu Igrzysk musiał wypłynąć na ocean łowić jakieś ryby. - Wróciłeś w końcu!
- Tak, ale o ile wiem, nie miałaś zbytnio czasu na rozmyślanie o mnie. - odpowiada i uśmiecha się zaczepnie.
- Clarrissa już wszystko ci wygadała? - pytam.
- Oczywiście. Nasza kochana siostra zawsze miała informacje na każdy temat. - mówi i oboje wybuchamy śmiechem, bo to najprawdziwsza prawda. Przez chwilę czuję się jak za dawnych czasów, gdy miałam siedem, osiem lat i rozmawiałam z bratem o wszystkim, o czym tylko się dało. - No, ale w końcu zdecydowałaś się na któregoś?
- Nie. Zdecydowałam się na żadnego.
- Jak to?
- Tak to. Po prostu nie będę miała nigdy męża, ani dzieci. - mówię zadowolonym głosem.
- Ambitnie.- stwierdza mój brat i znowu zaczynamy się śmiać. Nie możemy przestać. Dopiero po piętnastu minutach uspakajamy się i oddychamy bardzo szybko, gdyż zabrakło nam powietrza. - Powiedz mi, co do nich czujesz. Do każdego osobno. Dokładnie.
- Nie wiem. - odpowiadam ze smutkiem. Gdybym wiedziała, na pewno bym mogła któregoś wybrać. Jednak postanawiam się zastanowić i po kilku minutach odzywam się nie swoim głosem. - Finnicka pokochałam naprawdę. Przy nim czuję się bezpieczna, wiem, że nigdy mnie nie opuści. Mógł mnie zabić, ale tego nie zrobił. To bardzo dziwne uczucie. Co do Antony'ego.. czuję się bardzo oszukana, ale wiem, że bez niego nie dam rady żyć. On zna mnie jak nikt inny... tyle razem przeżyliśmy... - chcę mówić dalej, ale nie mogę. Głos grzęźnie mi w gardle i jedyne co jestem w stanie robić to myśleć o moim przeszłym życiu.
(włącz piosenkę Almost is Never Enough)
Mija miesiąc, a ja nie powiedziałam ani słowa, od mojej pamiętnej rozmowy z bratem. Leżę prawie cały czas w łóżku. Oczywiście jem, myję się i nawet chodzę na spacery, ale to wszystko dzięki mojej siostrze. Ani na moment nie przestaję roztrząsać moich wspomnień z Antonym. Całe moje życie rozpatruje pod kątem tego, że mój przyjaciel,, robił wszystko z miłości, a nie z czystej przyjaźni. Na pewno myślał, że kiedyś będziemy razem i wszystkie jego manewry były skierowane w tym kierunku. To straszne. Niekiedy wpada do mnie Finnick. Siedzi i albo milczy i przypatruje mi się albo opowiada o tym, co dzieje się w mieście. Nic ciekawego. To jedynie przywołuje więcej wspomnień. Dzisiaj przyszedł do mnie mój rudowłosy przyjaciel, ale gdy tylko go zobaczyłam chciałam mu powiedzieć milion rzeczy na sekundę, a że zostałam pozbawiona umiejętności mówienia bardzo się zdenerwowałam i zaczęłam za szybko oddychać, więc go wyprowadzili. Teraz ma zakaz wchodzenia tutaj. Może to i lepiej.
Minęły kolejne dwa miesiące, a mój stan niewiele się poprawił. Jednak powoli kończą mi się wspomnienia do rozpatrzenia, ale właśnie teraz czeka mnie najgorsze. Te niedawne wydarzenia. Są bardzo bolesne, ale mam nadzieję na jak najszybsze rozpracowanie ich. Ta depresja jest nie do zniesienia. Dlaczego mi to powiedział?
Dzisiaj nareszcie koniec męki. Był u mnie Finnick i nawet zapamiętałam co mówił. Za miesiąc rusza na Tournee Zwycięzców i jeżeli chcę mogę z nim jechać. Na razie nie jestem pewna, czy chcę. To się okaże. Jest teraz jaką piąta po południu, a ja pierwszy raz od bardzo dawna poczułam głód, ale zamiast się tym ze smucić szczerze się ucieszyłam. Nareszcie cokolwiek się ze mną dzieje . Powoli wstaję i idę na dół. Znad garnka spogląda moja siostra. Jej oczy lśnią od łez.
- Polepszyło ci się. - mówi wzruszona, a ja kiwam głową. - Chciałabyś coś zjeść? - pyta, a ja w odpowiedzi siadam przy kuchennym stole i prawie natychmiast otrzymuję zupę. - Najedz się kochanie. Ja muszę coś teraz załatwić, będę za pięć minut. - dodaje, a ja siorbię zupę. Nie jestem pewna, ale to chyba pomidorowa. Bardzo smaczna. Kończę ją w dwie minuty i idę na górę. Biorę czyste rzeczy i wchodzę pod prysznic.
(włącz piosenkę Here Comes The Sun)
Woda jest przyjemnie chłodna. Wychodzę z łazienki z zamiarem przespacerowania się, ale niemalże wpadam na Antony'ego. Przez chwilę stoimy, a ja czuję pustkę. Tyle czasu rozmyślałam o tym człowieku, a on stoi teraz przede mną i bierze mnie za rękę. Siadam na łóżku, a on klęka przy mnie.
- Przepraszam. - szepcze, a ja patrzę się na niego chwilę i głaszczę po głowie.
- Wybaczam. - odpowiadam ochrypłym, okropnym głosem. Zupełnie zapomniałam jak on brzmi. Natomiast mój przyjaciel zrywa się na nogi i przytula mnie z całych sił.
- Ty mówisz! - krzyczy. - Clarrissa! Ona mówi! - wrzeszczy w stronę schodów, na których pojawia się postać mojej siostry.
- Och kochana! - woła i tuli mnie razem z nim. Jest mi ciepło i miło, więc zasypiam.
Budzę się jakiś tydzień później. Nareszcie porządnie się wyspałam. Przez te kilka miesięcy mój sen był szalenie męczący.
- Dzień dobry. - mówię do Finnicka klęczącego obok mnie.
- Witaj najukochańsza. - odpowiada cicho. - Nie wiem czy to dobry moment, żeby cię o tym powiadamiać, ale twoja siostra i Antony mają za dziesięć minut ślub. Może się wybierzemy? - dodaje, a ja szczerzę zęby. Nareszcie coś idzie dobrze.
ps. Dodałam tutaj muzykę, ale oczywiście, jeżeli ktoś nie chce jej słuchać może ją po prostu wyłączyć. Buźka ;* / Pomyluna Everdeen
(włącz piosenkę The Hanging Tree)
Przestaję myśleć. Czyli prawie całe moje życie to jedno wielkie kłamstwo. Patrzę w oczy Antony'ego i staram się nie rozpłakać. Przez te wszystkie lata, mówił mi, że jest moim przyjacielem, że tylko ja się dla niego liczę, bo jestem dla niego jak młodsza siostra. Odwracam się i uciekam do lasu. Przedzieram się przez chaszcze. Nie czuję bólu, gdy gałązki z kolcami przecinają moją skórę. W końcu upadam potykając się o jakąś kłodę i nie mam siły się podnieść. Igrzyska popsuły wszystko. Ziemia jest wilgotna, ale ciepła. Gładzę ją ręką, jak mojego najlepszego przyjaciela, którego zresztą przed chwilą utraciłam. Zamykam oczy. W wyobraźni widzę Antony'ego i Finnicka. Którego z nich wybrać? Najlepiej żadnego. Będę sama, bez chłopaka, nie będę miała dzieci i nie narażę ich na udział w Igrzyskach. Nigdy.
Powoli wstaję i rozglądam się wokół siebie, ale nie mam pojęcia gdzie jestem. Zauważam jednak dziurę w gęstwinie, jakby jakieś zwierze ją torowało. Oczywiście, to żadne zwierze, tylko ja. Podążając tym szlakiem dochodzę w końcu do domu. Palą się tam wszystkie światła, a przez okno widzę moją siostrę i panią Hapburn, więc wchodzę bez wahania, mimo że wiem, iż czeka mnie awantura.
- O mój boże! - krzyczy mama Antony'ego i łapie mnie w ramiona. Clarrissa podnosi się ciężko z krzesła, Jest bardzo blada.
- Idę zawołać... chłopców... - mówi. Ledwo oddycha. Wyrywam się z ramion pani Hapburn i przytulam siostrę.
- Już, spokojnie, nic mi nie jest. Przepraszam. - mówię. Jest mi bardzo przykro, że tak ją zdenerwowałam. - Uspokój się proszę. Oddychaj.
- Oczywiście. Już, już. Przepraszam - odpowiada moja siostra i uśmiecha się delikatnie i wychodzi na podwórko. - Taaaaato! Finnick! Antony! Panie Hapburn! Przyszła! - krzyczy w ciemność łamiącym się głosem. Słyszę zamieszanie. Kilka osób naraz przechodzi przez furtkę i wpada do salonu.
- Annie! Annie! - krzyczy Finnick, podchodzi do mnie i przytula. Ja się nie cofam. Jest mi wszystko jedno. Spoglądam na innych. Mój pseudo przyjaciel stoi za Odairem i uśmiecha się przepraszająco, a ja kiwam głową, nie mam zamiaru się na niego gniewać. Czuję ogromne zmęczenie, więc oznajmiam, że jest już późno i należy pomyśleć o śnie. Wszyscy się ze mną zgadzają, więc idę wziąć prysznic i kładę się do łóżka. Po dwóch nieprzespanych dniach jestem wyczerpana, więc tym razem zasypiam natychmiast. Jednak w moich snach wciąż przewijają się twarze Finnicka i Antony'ego, więc rano budzę się jeszcze bardziej zmęczona, niż jak kładłam się spać.
(włącz piosenkę Hey Jude)
- Do kitu taki sen. - warczę zeźlona.
- Nie da się ukryć. Całą noc jęczałaś. - odpowiada głęboki, niski głos. Należy do mojego brata.
- Hamon! - krzyczę. Bardzo się za nim stęskniłam. Tuż po zakończeniu Igrzysk musiał wypłynąć na ocean łowić jakieś ryby. - Wróciłeś w końcu!
- Tak, ale o ile wiem, nie miałaś zbytnio czasu na rozmyślanie o mnie. - odpowiada i uśmiecha się zaczepnie.
- Clarrissa już wszystko ci wygadała? - pytam.
- Oczywiście. Nasza kochana siostra zawsze miała informacje na każdy temat. - mówi i oboje wybuchamy śmiechem, bo to najprawdziwsza prawda. Przez chwilę czuję się jak za dawnych czasów, gdy miałam siedem, osiem lat i rozmawiałam z bratem o wszystkim, o czym tylko się dało. - No, ale w końcu zdecydowałaś się na któregoś?
- Nie. Zdecydowałam się na żadnego.
- Jak to?
- Tak to. Po prostu nie będę miała nigdy męża, ani dzieci. - mówię zadowolonym głosem.
- Ambitnie.- stwierdza mój brat i znowu zaczynamy się śmiać. Nie możemy przestać. Dopiero po piętnastu minutach uspakajamy się i oddychamy bardzo szybko, gdyż zabrakło nam powietrza. - Powiedz mi, co do nich czujesz. Do każdego osobno. Dokładnie.
- Nie wiem. - odpowiadam ze smutkiem. Gdybym wiedziała, na pewno bym mogła któregoś wybrać. Jednak postanawiam się zastanowić i po kilku minutach odzywam się nie swoim głosem. - Finnicka pokochałam naprawdę. Przy nim czuję się bezpieczna, wiem, że nigdy mnie nie opuści. Mógł mnie zabić, ale tego nie zrobił. To bardzo dziwne uczucie. Co do Antony'ego.. czuję się bardzo oszukana, ale wiem, że bez niego nie dam rady żyć. On zna mnie jak nikt inny... tyle razem przeżyliśmy... - chcę mówić dalej, ale nie mogę. Głos grzęźnie mi w gardle i jedyne co jestem w stanie robić to myśleć o moim przeszłym życiu.
(włącz piosenkę Almost is Never Enough)
Mija miesiąc, a ja nie powiedziałam ani słowa, od mojej pamiętnej rozmowy z bratem. Leżę prawie cały czas w łóżku. Oczywiście jem, myję się i nawet chodzę na spacery, ale to wszystko dzięki mojej siostrze. Ani na moment nie przestaję roztrząsać moich wspomnień z Antonym. Całe moje życie rozpatruje pod kątem tego, że mój przyjaciel,, robił wszystko z miłości, a nie z czystej przyjaźni. Na pewno myślał, że kiedyś będziemy razem i wszystkie jego manewry były skierowane w tym kierunku. To straszne. Niekiedy wpada do mnie Finnick. Siedzi i albo milczy i przypatruje mi się albo opowiada o tym, co dzieje się w mieście. Nic ciekawego. To jedynie przywołuje więcej wspomnień. Dzisiaj przyszedł do mnie mój rudowłosy przyjaciel, ale gdy tylko go zobaczyłam chciałam mu powiedzieć milion rzeczy na sekundę, a że zostałam pozbawiona umiejętności mówienia bardzo się zdenerwowałam i zaczęłam za szybko oddychać, więc go wyprowadzili. Teraz ma zakaz wchodzenia tutaj. Może to i lepiej.
Minęły kolejne dwa miesiące, a mój stan niewiele się poprawił. Jednak powoli kończą mi się wspomnienia do rozpatrzenia, ale właśnie teraz czeka mnie najgorsze. Te niedawne wydarzenia. Są bardzo bolesne, ale mam nadzieję na jak najszybsze rozpracowanie ich. Ta depresja jest nie do zniesienia. Dlaczego mi to powiedział?
Dzisiaj nareszcie koniec męki. Był u mnie Finnick i nawet zapamiętałam co mówił. Za miesiąc rusza na Tournee Zwycięzców i jeżeli chcę mogę z nim jechać. Na razie nie jestem pewna, czy chcę. To się okaże. Jest teraz jaką piąta po południu, a ja pierwszy raz od bardzo dawna poczułam głód, ale zamiast się tym ze smucić szczerze się ucieszyłam. Nareszcie cokolwiek się ze mną dzieje . Powoli wstaję i idę na dół. Znad garnka spogląda moja siostra. Jej oczy lśnią od łez.
- Polepszyło ci się. - mówi wzruszona, a ja kiwam głową. - Chciałabyś coś zjeść? - pyta, a ja w odpowiedzi siadam przy kuchennym stole i prawie natychmiast otrzymuję zupę. - Najedz się kochanie. Ja muszę coś teraz załatwić, będę za pięć minut. - dodaje, a ja siorbię zupę. Nie jestem pewna, ale to chyba pomidorowa. Bardzo smaczna. Kończę ją w dwie minuty i idę na górę. Biorę czyste rzeczy i wchodzę pod prysznic.
(włącz piosenkę Here Comes The Sun)
Woda jest przyjemnie chłodna. Wychodzę z łazienki z zamiarem przespacerowania się, ale niemalże wpadam na Antony'ego. Przez chwilę stoimy, a ja czuję pustkę. Tyle czasu rozmyślałam o tym człowieku, a on stoi teraz przede mną i bierze mnie za rękę. Siadam na łóżku, a on klęka przy mnie.
- Przepraszam. - szepcze, a ja patrzę się na niego chwilę i głaszczę po głowie.
- Wybaczam. - odpowiadam ochrypłym, okropnym głosem. Zupełnie zapomniałam jak on brzmi. Natomiast mój przyjaciel zrywa się na nogi i przytula mnie z całych sił.
- Ty mówisz! - krzyczy. - Clarrissa! Ona mówi! - wrzeszczy w stronę schodów, na których pojawia się postać mojej siostry.
- Och kochana! - woła i tuli mnie razem z nim. Jest mi ciepło i miło, więc zasypiam.
Budzę się jakiś tydzień później. Nareszcie porządnie się wyspałam. Przez te kilka miesięcy mój sen był szalenie męczący.
- Dzień dobry. - mówię do Finnicka klęczącego obok mnie.
- Witaj najukochańsza. - odpowiada cicho. - Nie wiem czy to dobry moment, żeby cię o tym powiadamiać, ale twoja siostra i Antony mają za dziesięć minut ślub. Może się wybierzemy? - dodaje, a ja szczerzę zęby. Nareszcie coś idzie dobrze.
niedziela, 16 lutego 2014
Rozdział Dziewiąty. Po Igrzyskach.
Gdy wchodzę do mojego domu ledwo powstrzymuję łzy. Nie wierzę, że tu wróciłam. Idę prosto pod prysznic. Jest już dosyć późno, więc żegnam się ze wszystkimi, ubieram piżamę i wskakuję do łóżka.
Leżę tak przez kilka godzin, ale w żaden sposób nie mogę zasnąć, mimo że wszyscy inni już dawno pogasili światła i udali się na spoczynek. Decyduję się wymknąć się z domu. Jak najciszej ubieram na siebie swoje stare ubranie, które i tak jest dla mnie trochę za duże i wychodzę na dwór.
Wdycham powietrze, przesycone zapachem oceanu i ruszam w kierunku plaży, gdy ktoś łapie mnie za rękę i zakrywa oczy.
- Antony? - pytam cicho.
- A kto inny? - słyszę szept. Antony Hapburn to mój najlepszy przyjaciel. Znamy się od dziecka. Tuż przed Igrzyskami wyjechał do swojej ciotki, która mieszka po drugiej stronie Czwórki. - Widziałem cię w telewizji Rybko, podobno zginęłaś? - dodaje już nieco głośniej.
- Tak. Teraz nazywam się Annie, Annie Cresta. - mówię dziarskim tonem i oboje wybuchamy cichym śmiechem. - Poza tym, mógłbyś przestać mówić do mnie Rybko! Nie mam pięciu lat.
- Spokojnie. Idziemy na tą plażę? - pyta tak dobrze znanym mi przepełnionym ironią głosem.
- Zawsze. - mruczę i odwracam się na pięcie. Po dwóch minutach spacerujemy już wzdłuż wybrzeża, a ja przyglądam się mojemu przyjacielowi. Ma brązowe, wielkie oczy, które są bardzo rzadko spotykane w naszym dystrykcie. Dodatkowo ma rude, błyszczące włosy, jest bardzo wysoki i atletycznie zbudowany. Prawie każda dziewczyna za nim wzdycha. Oczywiście nie jest aż tak rozchwytywany jak Finnick, bo po prostu żadna mu się nie podoba i to okazuje. Nagle Antony zatrzymuje się i patrzy mi w oczy. Od razu zauważam w nich smutek.
- Co się stało? - pytam. Ledwo słychać mój głos, bo jest zagłuszony przez morskie fale.
- Na prawdę jesteś zakochana w tym Finnicku?
- Co?! - krzyczę, a on spogląda na mnie zdziwiony.
- Pytałem, czy na prawdę kochasz Odaira.
- A co cię to obchodzi? - pytam opryskliwie. Nie podoba mi się ton z jakim wymawia imię mojego ukochanego.
- Bo wiesz... Ja... ja cię kocham. - mówi niepewnie.
- Ja ciebie też kocham, jak brata, a ty mnie jak siostrę. To oczywiste. - odpowiadam z pewną ulgą.
- Nie chodzi mi o to! - mówi Antony widocznie zniecierpliwiony. - Ja ciebie kocham, tak... jak się kocha dziewczynę.
- Ale... przecież tyle się znamy, a ty mówisz mi to dopiero teraz, jak omal nie zginęłam?! - odpowiadam ze złością.
- Nie wiedziałem, ile dla mnie znaczysz! Ja najwyraźniej dla ciebie nic. - odpowiada mój przyjaciel ze łzami w oczach i biegnie w stronę domu. Stoję tak chwilę i też zaczynam płakać. Nigdy bym nie pomyślała, że Antony, ten cudowny chłopiec, który kiedyś przyniósł mi perłę, od której zaczęła się nasza przyjaźń i którą mam do teraz zakocha się we mnie. Te beznadziejne Igrzyska popsuły mi życie.
Wracam do domu, gdy już zaczyna świtać i spotykam na naszym podwórku tatę.
- Idziesz ze mną połowić ryby? - pyta tata przyglądając mi się podejrzliwie.
- Nie, ja... chyba pójdę sama do lasu.
- Dobrze. Na stole masz śniadanie, lepiej je zjedz, bo Clarrissa cię zabije. - odpowiada tata z uśmiechem, więc wchodzę do domu, zjadam zostawioną na stole kanapkę i robię jeszcze jedną, żeby zabrać ją do lasu. Już mam zamiar wychodzić, gdy w drzwiach mojego domu staje Finnick.
- Co tam mała? - pyta jak zwykle uwodzicielskim głosem
- Nie mam teraz czasu. - odpowiadam sucho i mijam chłopca.
- Czekaj! Coś się stało? - mówi Odair wyprzedzając mnie i zasłaniając sobą furtkę. Naprzeciwko mnie widzę Antony'ego patrzącego się na mnie z wyrzutem.
- Tak. Nie chcę o tym rozmawiać. Zapomnijmy o tym co było na arenie i w Ośrodku Szkoleniowym. - odpowiadam, odsuwam ogłupiałego Finnicka i idę na polowanie.
Siedzę w lesie kilka godzin, ale jedyne co udało mi się upolować to jakiś bardzo kolorowy ptak, którego zresztą zestrzeliłam przypadkiem. Nie mam głowy do zabijania. Myślę o tym, co mam zrobić z dwójką chłopców. W końcu decyduję. Wstaję i ruszam w kierunku miasta. Odeszłam na prawdę daleko, dlatego w domu jestem dopiero o zmroku.
- Gdzieś ty się podziewała?! - krzyczy Clarrissa na mój widok. - Upolowałaś tylko jednego ptaka? Po co tam tyle siedziałaś? - dodaje już bardziej opanowanym tonem.
- Nie teraz, muszę coś załatwić. - rzucam szybko i podbiegam pod dom Hapburnów. Pukam energicznie w drzwi i kilka sekund później otwiera mi Antony.
- Czego chciałaś? - pyta cicho.
- Antony, ja... ja na prawdę nie chcę ciebie stracić. Znam cię od tak dawna. Nie pozwól, żeby naszą przyjaźń zepsuły głupie Igrzyska i jeszcze gorszy Kapitol. - mówię na jednym wydechu i patrzę głęboko w oczy chłopca od perły.
- Nigdy nie było żadnej przyjaźni. - szepcze coraz ciszej Antony. - Tylko miłość.
Leżę tak przez kilka godzin, ale w żaden sposób nie mogę zasnąć, mimo że wszyscy inni już dawno pogasili światła i udali się na spoczynek. Decyduję się wymknąć się z domu. Jak najciszej ubieram na siebie swoje stare ubranie, które i tak jest dla mnie trochę za duże i wychodzę na dwór.
Wdycham powietrze, przesycone zapachem oceanu i ruszam w kierunku plaży, gdy ktoś łapie mnie za rękę i zakrywa oczy.
- Antony? - pytam cicho.
- A kto inny? - słyszę szept. Antony Hapburn to mój najlepszy przyjaciel. Znamy się od dziecka. Tuż przed Igrzyskami wyjechał do swojej ciotki, która mieszka po drugiej stronie Czwórki. - Widziałem cię w telewizji Rybko, podobno zginęłaś? - dodaje już nieco głośniej.
- Tak. Teraz nazywam się Annie, Annie Cresta. - mówię dziarskim tonem i oboje wybuchamy cichym śmiechem. - Poza tym, mógłbyś przestać mówić do mnie Rybko! Nie mam pięciu lat.
- Spokojnie. Idziemy na tą plażę? - pyta tak dobrze znanym mi przepełnionym ironią głosem.
- Zawsze. - mruczę i odwracam się na pięcie. Po dwóch minutach spacerujemy już wzdłuż wybrzeża, a ja przyglądam się mojemu przyjacielowi. Ma brązowe, wielkie oczy, które są bardzo rzadko spotykane w naszym dystrykcie. Dodatkowo ma rude, błyszczące włosy, jest bardzo wysoki i atletycznie zbudowany. Prawie każda dziewczyna za nim wzdycha. Oczywiście nie jest aż tak rozchwytywany jak Finnick, bo po prostu żadna mu się nie podoba i to okazuje. Nagle Antony zatrzymuje się i patrzy mi w oczy. Od razu zauważam w nich smutek.
- Co się stało? - pytam. Ledwo słychać mój głos, bo jest zagłuszony przez morskie fale.
- Na prawdę jesteś zakochana w tym Finnicku?
- Co?! - krzyczę, a on spogląda na mnie zdziwiony.
- Pytałem, czy na prawdę kochasz Odaira.
- A co cię to obchodzi? - pytam opryskliwie. Nie podoba mi się ton z jakim wymawia imię mojego ukochanego.
- Bo wiesz... Ja... ja cię kocham. - mówi niepewnie.
- Ja ciebie też kocham, jak brata, a ty mnie jak siostrę. To oczywiste. - odpowiadam z pewną ulgą.
- Nie chodzi mi o to! - mówi Antony widocznie zniecierpliwiony. - Ja ciebie kocham, tak... jak się kocha dziewczynę.
- Ale... przecież tyle się znamy, a ty mówisz mi to dopiero teraz, jak omal nie zginęłam?! - odpowiadam ze złością.
- Nie wiedziałem, ile dla mnie znaczysz! Ja najwyraźniej dla ciebie nic. - odpowiada mój przyjaciel ze łzami w oczach i biegnie w stronę domu. Stoję tak chwilę i też zaczynam płakać. Nigdy bym nie pomyślała, że Antony, ten cudowny chłopiec, który kiedyś przyniósł mi perłę, od której zaczęła się nasza przyjaźń i którą mam do teraz zakocha się we mnie. Te beznadziejne Igrzyska popsuły mi życie.
Wracam do domu, gdy już zaczyna świtać i spotykam na naszym podwórku tatę.
- Idziesz ze mną połowić ryby? - pyta tata przyglądając mi się podejrzliwie.
- Nie, ja... chyba pójdę sama do lasu.
- Dobrze. Na stole masz śniadanie, lepiej je zjedz, bo Clarrissa cię zabije. - odpowiada tata z uśmiechem, więc wchodzę do domu, zjadam zostawioną na stole kanapkę i robię jeszcze jedną, żeby zabrać ją do lasu. Już mam zamiar wychodzić, gdy w drzwiach mojego domu staje Finnick.
- Co tam mała? - pyta jak zwykle uwodzicielskim głosem
- Nie mam teraz czasu. - odpowiadam sucho i mijam chłopca.
- Czekaj! Coś się stało? - mówi Odair wyprzedzając mnie i zasłaniając sobą furtkę. Naprzeciwko mnie widzę Antony'ego patrzącego się na mnie z wyrzutem.
- Tak. Nie chcę o tym rozmawiać. Zapomnijmy o tym co było na arenie i w Ośrodku Szkoleniowym. - odpowiadam, odsuwam ogłupiałego Finnicka i idę na polowanie.
Siedzę w lesie kilka godzin, ale jedyne co udało mi się upolować to jakiś bardzo kolorowy ptak, którego zresztą zestrzeliłam przypadkiem. Nie mam głowy do zabijania. Myślę o tym, co mam zrobić z dwójką chłopców. W końcu decyduję. Wstaję i ruszam w kierunku miasta. Odeszłam na prawdę daleko, dlatego w domu jestem dopiero o zmroku.
- Gdzieś ty się podziewała?! - krzyczy Clarrissa na mój widok. - Upolowałaś tylko jednego ptaka? Po co tam tyle siedziałaś? - dodaje już bardziej opanowanym tonem.
- Nie teraz, muszę coś załatwić. - rzucam szybko i podbiegam pod dom Hapburnów. Pukam energicznie w drzwi i kilka sekund później otwiera mi Antony.
- Czego chciałaś? - pyta cicho.
- Antony, ja... ja na prawdę nie chcę ciebie stracić. Znam cię od tak dawna. Nie pozwól, żeby naszą przyjaźń zepsuły głupie Igrzyska i jeszcze gorszy Kapitol. - mówię na jednym wydechu i patrzę głęboko w oczy chłopca od perły.
- Nigdy nie było żadnej przyjaźni. - szepcze coraz ciszej Antony. - Tylko miłość.
czwartek, 13 lutego 2014
Rozdział Ósmy. Gdy rodzi się miłość.
Od kilku dni prawie cały czas jestem nieprzytomna. Niekiedy odzyskuję przytomność na nieco dłużej, ale ogółem zasypiam z powrotem po jakiejś minucie.
Budzę się. Jak zwykle czekam na sen, jednak gdy mija kilka minut i nic się nie dzieje patrzę na moje ręce. Nie jestem przyłączona do żadnych rurek, a na dodatek przenieśli mnie ze szpitala, w którym dotąd spędzałam czas. Znajduję się w tym samym pokoju, w którym spałam przez Igrzyskami. Delikatnie unoszę się na łokciach i decyduję zejść z łóżka. Siadam na skraju pościeli i zeskakuję na podłogę. Początkowo moje nogi ledwo utrzymują ciężar ciała, ale wkrótce przyzwyczajam się do chodzenia. Idę wziąć prysznic.
Gdy wychodzę spod niego zauważam ubranie zostawione na łóżku, więc wkładam je i zamawiam sobie coś do jedzenia. Gdy kończę jeść słyszę, że ktoś otwiera drzwi i wślizguje się do środka. Natychmiast się odwracam gotowa zaatakować przybysza kością od kurczaka, ale nie muszę. To Finnick.
W napadzie radości na jego widok wstaję i biegnę do niego, a on łapie mnie w ramiona.
- Myślałem, że nigdy więcej ciebie nie zobaczę. - szepcze mi do ucha - Dopiero przed chwilą dowiedziałem się, że żyjesz. - dodaje i tuli mnie do siebie. Stoimy tak kilka minut, ale ja delikatnie odpycham ode mnie Odaira.
- Muszę z tobą porozmawiać. - mówię cicho, a on kiwa głową i skacze na łóżko przyciągając mnie do siebie.
- Dla ciebie wszystko. - mówi swoim uwodzicielskim głosem i uśmiecha się szeroko. Niemalże zapomniałam, jak białe są jego zęby i jakie pełne i cudownie miękkie są jego usta. Opieram się jednak pokusie pocałowania go i zaciskam pięści aż do bólu. Widząc to łapie mnie za nie i rozluźnia momentalnie, a ja rzucam się na łóżko tuż koło niego i zaczynam płakać.
- Czekaj, co się stało? - pyta Finnick zdezorientowany. - Oboje żyjemy! Będziemy mogli żyć razem w naszym dystrykcie!
- Tak. - mówię ocierając łzy - Ale nie musimy. Wiem, że to była tylko głupia gra. Wcale mnie nie kochasz. - dodaję. Moje słowa ledwo przeszły mi przez gardło.
- Jak to nie kocham? - pyta Finnick. Wygląda na zupełnie ogłupiałego. - Kocham Cię bardziej niż kogokolwiek na świecie. Jak wygrałem, wcale się nie cieszyłem. Chciałem z tobą zostać na arenie, mimo że według mnie umarłaś! Przez te kilka dni jadłem tylko to, co we mnie wmusili, a w końcu powiedzieli mi że żyjesz, bo umarłbym z tęsknoty. - mówi to jak najbardziej poważnie. Nie wierzę własnym uszom, aż do tej chwili myślałam, że mój sojusznik udawał miłość do mnie, aby zdobyć sponsorów.
- Ja... ja... - zaczynam, ale Finnick przerywa mi gorącym pocałunkiem. - Też Cię kocham. - kończę, gdy w końcu jesteśmy zmuszeni zaczerpnąć powierza.
- Lauren i Mags dały nam cały dzień wolny, więc możemy robić co chcemy! - mówi Odair szczęśliwy jak nigdy.
- Na przykład? - pytam zaczepnie.
- Możemy iść na dach, sali do ćwiczeń, na basen... - tu urywa widząc moją minę. - Taaak, to ja pójdę po kostium kąpielowy.
Wybucham śmiechem, ale gdy tylko drzwi się zamykają przebieram się w szmaragdowo zielony dwuczęściowy kostium i zamierzam biec do pokoju Finnicka, ale gdy tylko zamykam drzwi ktoś łapie mnie w talii i biegnie w kierunku basenu, a gdy jesteśmy na miejscu zostaję gwałtownie do niego wrzucona.
- Po co to zrobiłeś? - krzyczę z uśmiechem na ustach.
- Trzeba cię było trochę rozruszać. - oznajmia mi Finnick ze śmiechem i wskakuje do wody. - Zamówiłem lunch na 16.00 - dodaje, ale teraz nic się dla nas nie liczy. Przez kilka godzin pływamy, ochlapujemy się nawzajem i całujemy w basenie. Pragnę, aby ta chwila trwała wiecznie. Jednak punktualnie o czwartej popołudniu przychodzi do nas awoksa z obiadem.
- Dzięki. - rzucamy do służącej i już po pół godzinie siedzimy razem nad brzegiem basenu z brzuchami wypełnionymi do granic możliwości.
- Po takim obiedzie nie powinniśmy już pływać. - mówię cicho.
- To racja. Chodźmy do pokoju się przebrać w coś suchego i zobaczymy co ciekawego można tu jeszcze porobić. - radzi Finnick i po chwili widzę jak znika w drzwiach swojego pokoju, a ja wchodzę do swojego. Zdejmuję mokry strój i idę pod prysznic. Nie mogę uwierzyć, że jestem teraz taka szczęśliwa. W życiu nie byłam bardziej radosna, niż w tej chwili. Dopiero po jakiś dwudziestu minutach opuszczam łazienkę i kładę się na chwilę do łóżka zupełnie naga. Jest bardzo ciepłe. Nagle ktoś wchodzi do mojego pokoju, a ja chowam się prawie cała pod kołdrę.
- Fany! Wszystko gra? Czekam już z pół godziny. Skombinowałem dla nas deser. Możemy iść do ogrodu na dachu i tam posie.. - mówi Odair, ale przerywa w pół słowa widząc mnie pod kołdrą. Podchodzi bliżej, a ja okrywam się coraz szczelniej miękką tkaniną. Domyśla się czemu. Wiem to, bo uśmiecha się na wpół zalotnie, na wpół złośliwie i siada przy moich stopach na łóżku.
- No chodź Fany... czemu nie wychodzisz? - szepcze przysuwając się coraz bliżej mojej głowy, jednak gdy jest już przy moim kolanie kopię go nogą i spada z łóżka śmiejąc się.
- Wyjdź i zaczekaj na mnie przed pokojem. - mówię szybko, a on zostawia mnie samą. Gdy tylko drzwi się zatrzaskują błyskawicznie się ubieram i wychodzę do Finnicka, po czym bez słowa idę za nim na dach. Jestem na niego zła, ale gdy tylko zauważam przepiękne jeziorko, a wokół niego mnóstwo najróżniejszych roślin, ścieżek i ławek natychmiast przestaję się gniewać.
Odair rozkłada koc na trawie i wykłada różne smakołyki, które mają być naszym deserem i kolacją. Siedzimy tak, jedząc powoli aż do zachodu słońca. Wtedy oboje jak na komendę wstajemy i zaczynamy chodzić po ogrodzie przytuleni do siebie. Jednak dosyć szybko zapada piękna, gwiaździsta noc i zaczyna być chłodno, więc kładziemy się na kocu i obserwujemy niebo. W pewnym momencie obracam twarz w stronę mojego ukochanego i patrzę mu w oczy, w których odbija się cały gwiazdozbiór. On również spogląda na mnie i już po chwili się całujemy, a ja siadam na nim okrakiem i rozpinam mu koszulę. Jego skóra jest bardzo miękka i ciepła jak zawsze, więc przytulam się do jego nagiej piersi i po kilku sekundach zasypiam na Finnicku.
Budzę się z wrzaskiem i spoglądam na zegarek. Jest trzecia w nocy. Jednak mimo to, że nie wiem do końca gdzie jestem uspokajam się. Miałam okropny sen. Śniło mi się, że jestem znowu na arenie. To niemożliwe. Jestem w Kapitolu, a na dodatek w ciepłym, miękkim łóżku. Rozglądam się i zauważam leżącego obok mnie rozbudzonego Finnicka.
- Miałaś zły sen? - pyta cicho.
- Tak. - odpowiadam i zdaję sobie sprawę, że jestem w ubraniu, podczas gdy Odair leży w samej bieliźnie. - Eeeem, czy mógłbyś pożyczyć mi jakąś luźną bluzkę? Nie chce mi się iść po piżamę, a w ubraniu jest niewygodnie.
- Jasne. - odpowiada i podchodzi do szafy. Stoi tam chwilę i wraca z dużą, luźną bluzą. Nie zwracając na nic uwagi rozbieram się do bielizny i ubieram ją na siebie.
- Czemu mnie przyniosłeś do swojego pokoju? - pytam po chwili. - Mogłeś zanieść mnie do mojego. - widzę zakłopotanie na jego twarzy. - Nie ważne. - szepczę po chwili milczenia, przytulam się do ukochanego i znowu bardzo szybko zasypiam. Tym razem nie mam żadnych koszmarów.
- Wstawać! Wstawać! Halo! Co to ma być?! - krzyczy Lauren. - Razem w jednym łóżku! Też mi coś! - dodaje po chwili. Patrzę na zegarek. Jest ósma rano. - Co wy tu robicie?! Za godzinę wyjeżdżamy.
- Śpimy. - odpowiadam.
- A raczej spaliśmy. - prostuje Finnick
- Zanim pani nas nie obudziła. - dodaję i wybuchamy śmiechem.
- Ach, no tak. W takim razie idźcie się przygotować. Mamy tylko godzinę! - informuje nas Lauren, a ja z niechęcią idę do swojego pokoju, myję się i ubieram w normalne rzeczy. Idę do stołówki, gdzie czeka na nas śniadanie, które wszyscy zjadamy zresztą w wielkim pośpiechu. Gdy tylko wchodzimy do pociągu, on natychmiast rusza.
- Za cztery godziny będziemy w Czwórce. - informuje nas Mags. - Wymyśliłaś już sobie nowe imię?
- Nie. - wyznaję szczerze. - Ym... Finnick, masz jakiś pomysł?
- Może by tak.. Annie? - mówi Odair pstrykając palcami. - Annie Cresta. To bardzo ładne imię. Nazwisko też niczego sobie.
- Dobrze. - zgadzam się natychmiast. - Tylko... Mags... Jak ja się wytłumaczę z tego, że wracam, na dodatek z innym nazwiskiem, podczas, gdy wszyscy uważają mnie za zmarłą?
- Wysiądziesz tylnymi drzwiami. Twoja rodzina jest poinformowana. Ludzie w dystrykcie cię zapewne nie poznają. Bardzo się zmieniłaś. Powiemy po prostu, że jesteś jakąś twoją kuzynką, która mieszkała po drugiej stronie Czwórki i przyjechałaś tu, aby zamieszkać ze swoją daleką rodziną. - odpowiada Mags. Podróż mija bardzo szybko, a Finnick decyduje, że codziennie będzie mnie odwiedzał i nadal będziemy razem. Mam nadzieję, że tak rzeczywiście będzie, gdyż Annie Cresta może być jeszcze wylosowana w Igrzyskach.
Po czterech godzinach jazdy pociąg zatrzymuje się, a ja wysiadam tylnymi drzwiami ogłuszona wrzaskiem dziewczyn widzących Finnicka wysiadającego z drugiej strony peronu. Tutaj jest tylko moja rodzina, która już po chwili ściska mnie i tuli w ramionach, ale ja wcale nie czuję się szczęśliwa. Co bedzie, jak Finnick mnie zostawi i znajdzie sobie inną dziewczynę? Przecież może mieć każdą. Jednak bez słowa, ze sztucznym uśmiechem na ustach idę do rodzinnej chatki na skraju tutejszego lasu.
Budzę się. Jak zwykle czekam na sen, jednak gdy mija kilka minut i nic się nie dzieje patrzę na moje ręce. Nie jestem przyłączona do żadnych rurek, a na dodatek przenieśli mnie ze szpitala, w którym dotąd spędzałam czas. Znajduję się w tym samym pokoju, w którym spałam przez Igrzyskami. Delikatnie unoszę się na łokciach i decyduję zejść z łóżka. Siadam na skraju pościeli i zeskakuję na podłogę. Początkowo moje nogi ledwo utrzymują ciężar ciała, ale wkrótce przyzwyczajam się do chodzenia. Idę wziąć prysznic.
Gdy wychodzę spod niego zauważam ubranie zostawione na łóżku, więc wkładam je i zamawiam sobie coś do jedzenia. Gdy kończę jeść słyszę, że ktoś otwiera drzwi i wślizguje się do środka. Natychmiast się odwracam gotowa zaatakować przybysza kością od kurczaka, ale nie muszę. To Finnick.
W napadzie radości na jego widok wstaję i biegnę do niego, a on łapie mnie w ramiona.
- Myślałem, że nigdy więcej ciebie nie zobaczę. - szepcze mi do ucha - Dopiero przed chwilą dowiedziałem się, że żyjesz. - dodaje i tuli mnie do siebie. Stoimy tak kilka minut, ale ja delikatnie odpycham ode mnie Odaira.
- Muszę z tobą porozmawiać. - mówię cicho, a on kiwa głową i skacze na łóżko przyciągając mnie do siebie.
- Dla ciebie wszystko. - mówi swoim uwodzicielskim głosem i uśmiecha się szeroko. Niemalże zapomniałam, jak białe są jego zęby i jakie pełne i cudownie miękkie są jego usta. Opieram się jednak pokusie pocałowania go i zaciskam pięści aż do bólu. Widząc to łapie mnie za nie i rozluźnia momentalnie, a ja rzucam się na łóżko tuż koło niego i zaczynam płakać.
- Czekaj, co się stało? - pyta Finnick zdezorientowany. - Oboje żyjemy! Będziemy mogli żyć razem w naszym dystrykcie!
- Tak. - mówię ocierając łzy - Ale nie musimy. Wiem, że to była tylko głupia gra. Wcale mnie nie kochasz. - dodaję. Moje słowa ledwo przeszły mi przez gardło.
- Jak to nie kocham? - pyta Finnick. Wygląda na zupełnie ogłupiałego. - Kocham Cię bardziej niż kogokolwiek na świecie. Jak wygrałem, wcale się nie cieszyłem. Chciałem z tobą zostać na arenie, mimo że według mnie umarłaś! Przez te kilka dni jadłem tylko to, co we mnie wmusili, a w końcu powiedzieli mi że żyjesz, bo umarłbym z tęsknoty. - mówi to jak najbardziej poważnie. Nie wierzę własnym uszom, aż do tej chwili myślałam, że mój sojusznik udawał miłość do mnie, aby zdobyć sponsorów.
- Ja... ja... - zaczynam, ale Finnick przerywa mi gorącym pocałunkiem. - Też Cię kocham. - kończę, gdy w końcu jesteśmy zmuszeni zaczerpnąć powierza.
- Lauren i Mags dały nam cały dzień wolny, więc możemy robić co chcemy! - mówi Odair szczęśliwy jak nigdy.
- Na przykład? - pytam zaczepnie.
- Możemy iść na dach, sali do ćwiczeń, na basen... - tu urywa widząc moją minę. - Taaak, to ja pójdę po kostium kąpielowy.
Wybucham śmiechem, ale gdy tylko drzwi się zamykają przebieram się w szmaragdowo zielony dwuczęściowy kostium i zamierzam biec do pokoju Finnicka, ale gdy tylko zamykam drzwi ktoś łapie mnie w talii i biegnie w kierunku basenu, a gdy jesteśmy na miejscu zostaję gwałtownie do niego wrzucona.
- Po co to zrobiłeś? - krzyczę z uśmiechem na ustach.
- Trzeba cię było trochę rozruszać. - oznajmia mi Finnick ze śmiechem i wskakuje do wody. - Zamówiłem lunch na 16.00 - dodaje, ale teraz nic się dla nas nie liczy. Przez kilka godzin pływamy, ochlapujemy się nawzajem i całujemy w basenie. Pragnę, aby ta chwila trwała wiecznie. Jednak punktualnie o czwartej popołudniu przychodzi do nas awoksa z obiadem.
- Dzięki. - rzucamy do służącej i już po pół godzinie siedzimy razem nad brzegiem basenu z brzuchami wypełnionymi do granic możliwości.
- Po takim obiedzie nie powinniśmy już pływać. - mówię cicho.
- To racja. Chodźmy do pokoju się przebrać w coś suchego i zobaczymy co ciekawego można tu jeszcze porobić. - radzi Finnick i po chwili widzę jak znika w drzwiach swojego pokoju, a ja wchodzę do swojego. Zdejmuję mokry strój i idę pod prysznic. Nie mogę uwierzyć, że jestem teraz taka szczęśliwa. W życiu nie byłam bardziej radosna, niż w tej chwili. Dopiero po jakiś dwudziestu minutach opuszczam łazienkę i kładę się na chwilę do łóżka zupełnie naga. Jest bardzo ciepłe. Nagle ktoś wchodzi do mojego pokoju, a ja chowam się prawie cała pod kołdrę.
- Fany! Wszystko gra? Czekam już z pół godziny. Skombinowałem dla nas deser. Możemy iść do ogrodu na dachu i tam posie.. - mówi Odair, ale przerywa w pół słowa widząc mnie pod kołdrą. Podchodzi bliżej, a ja okrywam się coraz szczelniej miękką tkaniną. Domyśla się czemu. Wiem to, bo uśmiecha się na wpół zalotnie, na wpół złośliwie i siada przy moich stopach na łóżku.
- No chodź Fany... czemu nie wychodzisz? - szepcze przysuwając się coraz bliżej mojej głowy, jednak gdy jest już przy moim kolanie kopię go nogą i spada z łóżka śmiejąc się.
- Wyjdź i zaczekaj na mnie przed pokojem. - mówię szybko, a on zostawia mnie samą. Gdy tylko drzwi się zatrzaskują błyskawicznie się ubieram i wychodzę do Finnicka, po czym bez słowa idę za nim na dach. Jestem na niego zła, ale gdy tylko zauważam przepiękne jeziorko, a wokół niego mnóstwo najróżniejszych roślin, ścieżek i ławek natychmiast przestaję się gniewać.
Odair rozkłada koc na trawie i wykłada różne smakołyki, które mają być naszym deserem i kolacją. Siedzimy tak, jedząc powoli aż do zachodu słońca. Wtedy oboje jak na komendę wstajemy i zaczynamy chodzić po ogrodzie przytuleni do siebie. Jednak dosyć szybko zapada piękna, gwiaździsta noc i zaczyna być chłodno, więc kładziemy się na kocu i obserwujemy niebo. W pewnym momencie obracam twarz w stronę mojego ukochanego i patrzę mu w oczy, w których odbija się cały gwiazdozbiór. On również spogląda na mnie i już po chwili się całujemy, a ja siadam na nim okrakiem i rozpinam mu koszulę. Jego skóra jest bardzo miękka i ciepła jak zawsze, więc przytulam się do jego nagiej piersi i po kilku sekundach zasypiam na Finnicku.
Budzę się z wrzaskiem i spoglądam na zegarek. Jest trzecia w nocy. Jednak mimo to, że nie wiem do końca gdzie jestem uspokajam się. Miałam okropny sen. Śniło mi się, że jestem znowu na arenie. To niemożliwe. Jestem w Kapitolu, a na dodatek w ciepłym, miękkim łóżku. Rozglądam się i zauważam leżącego obok mnie rozbudzonego Finnicka.
- Miałaś zły sen? - pyta cicho.
- Tak. - odpowiadam i zdaję sobie sprawę, że jestem w ubraniu, podczas gdy Odair leży w samej bieliźnie. - Eeeem, czy mógłbyś pożyczyć mi jakąś luźną bluzkę? Nie chce mi się iść po piżamę, a w ubraniu jest niewygodnie.
- Jasne. - odpowiada i podchodzi do szafy. Stoi tam chwilę i wraca z dużą, luźną bluzą. Nie zwracając na nic uwagi rozbieram się do bielizny i ubieram ją na siebie.
- Czemu mnie przyniosłeś do swojego pokoju? - pytam po chwili. - Mogłeś zanieść mnie do mojego. - widzę zakłopotanie na jego twarzy. - Nie ważne. - szepczę po chwili milczenia, przytulam się do ukochanego i znowu bardzo szybko zasypiam. Tym razem nie mam żadnych koszmarów.
- Wstawać! Wstawać! Halo! Co to ma być?! - krzyczy Lauren. - Razem w jednym łóżku! Też mi coś! - dodaje po chwili. Patrzę na zegarek. Jest ósma rano. - Co wy tu robicie?! Za godzinę wyjeżdżamy.
- Śpimy. - odpowiadam.
- A raczej spaliśmy. - prostuje Finnick
- Zanim pani nas nie obudziła. - dodaję i wybuchamy śmiechem.
- Ach, no tak. W takim razie idźcie się przygotować. Mamy tylko godzinę! - informuje nas Lauren, a ja z niechęcią idę do swojego pokoju, myję się i ubieram w normalne rzeczy. Idę do stołówki, gdzie czeka na nas śniadanie, które wszyscy zjadamy zresztą w wielkim pośpiechu. Gdy tylko wchodzimy do pociągu, on natychmiast rusza.
- Za cztery godziny będziemy w Czwórce. - informuje nas Mags. - Wymyśliłaś już sobie nowe imię?
- Nie. - wyznaję szczerze. - Ym... Finnick, masz jakiś pomysł?
- Może by tak.. Annie? - mówi Odair pstrykając palcami. - Annie Cresta. To bardzo ładne imię. Nazwisko też niczego sobie.
- Dobrze. - zgadzam się natychmiast. - Tylko... Mags... Jak ja się wytłumaczę z tego, że wracam, na dodatek z innym nazwiskiem, podczas, gdy wszyscy uważają mnie za zmarłą?
- Wysiądziesz tylnymi drzwiami. Twoja rodzina jest poinformowana. Ludzie w dystrykcie cię zapewne nie poznają. Bardzo się zmieniłaś. Powiemy po prostu, że jesteś jakąś twoją kuzynką, która mieszkała po drugiej stronie Czwórki i przyjechałaś tu, aby zamieszkać ze swoją daleką rodziną. - odpowiada Mags. Podróż mija bardzo szybko, a Finnick decyduje, że codziennie będzie mnie odwiedzał i nadal będziemy razem. Mam nadzieję, że tak rzeczywiście będzie, gdyż Annie Cresta może być jeszcze wylosowana w Igrzyskach.
Po czterech godzinach jazdy pociąg zatrzymuje się, a ja wysiadam tylnymi drzwiami ogłuszona wrzaskiem dziewczyn widzących Finnicka wysiadającego z drugiej strony peronu. Tutaj jest tylko moja rodzina, która już po chwili ściska mnie i tuli w ramionach, ale ja wcale nie czuję się szczęśliwa. Co bedzie, jak Finnick mnie zostawi i znajdzie sobie inną dziewczynę? Przecież może mieć każdą. Jednak bez słowa, ze sztucznym uśmiechem na ustach idę do rodzinnej chatki na skraju tutejszego lasu.
poniedziałek, 10 lutego 2014
Rozdział Siódmy. Zmartwychwstanie.
W ostatniej chwili udaje mi się paść na ziemię. Topór wbija się w drzewo za mną, a ja zrywam się na nogi i rzucam w dziewczynę z Jedenastki oszczepem. Niestety, zamiast w pierś trafiam ją w rękę, a oszczep przeszywa ją na wylot i trafia w drzewo na którym stoi. Obie zaczynamy krzyczeć. Ona z bólu, ja z przerażenia. Jednak naraz przestajemy. Słyszymy armatni wystrzał. Patrzę pytająco na dziewczynę, a ona kręci głową. Jeszcze żyje. Unoszę nóż i waham się. Nie wiem czy ją zabić. W tej chwili dziewczyna odzywa się ochrypłym, cichym głosem :
- Zrób to.
Celuję dokładnie w serce i rzucam bronią. Sekundę później rozlega kolejny armatni wystrzał. Stoję przez chwilę bez ruchu, ale po chwili wspinam się na drzewo i wyrywam z martwej dziewczyny oszczep i nóż. Po czym zeskakuję i zastanawiam się co robić dalej. Słyszę coś dziwnego, oglądam się za siebie i widzę płonący las.
Biegnę na oślep jak najszybciej. Przedzieram się przez krzaki, i nagle wpadam na jakieś dwie osoby. Zaczyna padać deszcz, który gasi pożar, ale również bardzo skutecznie ogranicza widoczność. Czuję czyjąś silną rękę na ramieniu. Zostaję odepchnięta pod jakieś drzewo. Nie wiem co się dzieje, ale staram się przebić wzrokiem ścianę wody. Widzę dwie postacie. To Finnick i Faire. Ona trzyma miecz, a mój były sojusznik trójząb. Nagle widzę krew tryskającą z jednego z ciał, słyszę strzał armaty. Moje serce przestaje bić z obawy, że to Odair leży teraz martwy u moich stóp. Przed oczami widzę czarne plamy. Jedyne, co wychwytuję uchem to drugi armatni wystrzał.
Nagle coś w rodzaju elektrycznego wstrząsu przebiega moje ciało. Jak to możliwe, że żyję? Powinnam umrzeć. Otwieram oczy i rozglądam się wokół siebie. Widzę szczątki niegdyś pięknego, bujnego lasu. Coś chwyta mnie jakby w wielką metalową łapę. To poduszkowiec. Rozglądam się po jego wnętrzu. Wszystko jest nieskazitelnie białe. Nic nie rozumiem. Czyżbym wygrała? Finnick zginął? Nie. To niemożliwe. Obracam głowę i zauważam mężczyznę w białym fraku, który cicho do mnie podchodzi.
- Gdzie jest Finnick? - pytam przez łzy. - Żyje?
- Żyje. - odpowiada lekarz. - Zwyciężył 65 Głodowe Igrzyska.
- Jak to? Przecież ja nie zginęłam!! - wrzeszczę. Jestem wściekła. - Skoro żyje, muszę z nim porozmawiać! Teraz! - dodaję.
- Musimy dolecieć do Kapitolu.
- Ja umarłam.
- To prawda. Twój mózg i serce przestały pracować. Jednak w chwili, gdy ten chłopak z Czwórki wygrał, w drzewo pod którym leżałaś uderzyła błyskawica.
- Ożywiła mnie? - pytam z niedowierzaniem. To brzmi jak jakiś mało śmieszny dowcip. - Jeżeli tak, to co ze mną zrobicie? Zabijecie? Nie może być dwóch zwycięzców.
- Spokojnie, nikt cię nie zabije. - mówi lekarz. - Odair zostanie przedstawiony jako zwycięzca, a ty zmienisz imię, nazwisko, może coś z wyglądu i wrócisz do swojego dystryktu. Nikt nie będzie mógł się dowiedzieć, że przeżyłaś. Teraz wybacz, ale muszę przyprowadzić cię do porządku. - dodaje i w tej samej chwili czuję ukłucie igły. Tracę przytomność.
- Zrób to.
Celuję dokładnie w serce i rzucam bronią. Sekundę później rozlega kolejny armatni wystrzał. Stoję przez chwilę bez ruchu, ale po chwili wspinam się na drzewo i wyrywam z martwej dziewczyny oszczep i nóż. Po czym zeskakuję i zastanawiam się co robić dalej. Słyszę coś dziwnego, oglądam się za siebie i widzę płonący las.
Biegnę na oślep jak najszybciej. Przedzieram się przez krzaki, i nagle wpadam na jakieś dwie osoby. Zaczyna padać deszcz, który gasi pożar, ale również bardzo skutecznie ogranicza widoczność. Czuję czyjąś silną rękę na ramieniu. Zostaję odepchnięta pod jakieś drzewo. Nie wiem co się dzieje, ale staram się przebić wzrokiem ścianę wody. Widzę dwie postacie. To Finnick i Faire. Ona trzyma miecz, a mój były sojusznik trójząb. Nagle widzę krew tryskającą z jednego z ciał, słyszę strzał armaty. Moje serce przestaje bić z obawy, że to Odair leży teraz martwy u moich stóp. Przed oczami widzę czarne plamy. Jedyne, co wychwytuję uchem to drugi armatni wystrzał.
Nagle coś w rodzaju elektrycznego wstrząsu przebiega moje ciało. Jak to możliwe, że żyję? Powinnam umrzeć. Otwieram oczy i rozglądam się wokół siebie. Widzę szczątki niegdyś pięknego, bujnego lasu. Coś chwyta mnie jakby w wielką metalową łapę. To poduszkowiec. Rozglądam się po jego wnętrzu. Wszystko jest nieskazitelnie białe. Nic nie rozumiem. Czyżbym wygrała? Finnick zginął? Nie. To niemożliwe. Obracam głowę i zauważam mężczyznę w białym fraku, który cicho do mnie podchodzi.
- Gdzie jest Finnick? - pytam przez łzy. - Żyje?
- Żyje. - odpowiada lekarz. - Zwyciężył 65 Głodowe Igrzyska.
- Jak to? Przecież ja nie zginęłam!! - wrzeszczę. Jestem wściekła. - Skoro żyje, muszę z nim porozmawiać! Teraz! - dodaję.
- Musimy dolecieć do Kapitolu.
- Ja umarłam.
- To prawda. Twój mózg i serce przestały pracować. Jednak w chwili, gdy ten chłopak z Czwórki wygrał, w drzewo pod którym leżałaś uderzyła błyskawica.
- Ożywiła mnie? - pytam z niedowierzaniem. To brzmi jak jakiś mało śmieszny dowcip. - Jeżeli tak, to co ze mną zrobicie? Zabijecie? Nie może być dwóch zwycięzców.
- Spokojnie, nikt cię nie zabije. - mówi lekarz. - Odair zostanie przedstawiony jako zwycięzca, a ty zmienisz imię, nazwisko, może coś z wyglądu i wrócisz do swojego dystryktu. Nikt nie będzie mógł się dowiedzieć, że przeżyłaś. Teraz wybacz, ale muszę przyprowadzić cię do porządku. - dodaje i w tej samej chwili czuję ukłucie igły. Tracę przytomność.
sobota, 8 lutego 2014
Rozdział Szósty. Śmierć czai się wszędzie.
Stoimy tak całując się kilka minut. Gdy w końcu odrywamy się od siebie czuję olbrzymie zmęczenie. Ramiona Finnicka są bardzo ciepłe, mimo że w samej jaskini jest zimno. Przytulam się mocniej i zasypiam.
Budzę się i rozglądam dookoła. Leżę w śpiworze, a koło mnie mój sojusznik przykryty kocami. Wyglądam przez szczelinę na zewnątrz. Musi być coś koło ósmej rano. Decyduję się złowić parę ryb na śniadanie, gdy ją zauważam. Dziewczyna z Jedynki klęcząca nad jeziorem i nabierająca wody do butelki. Natychmiast podchodzę do Finnicka i delikatnie nim potrząsam. Budzi się natychmiast.
- Dzień dobry. - mówi uwodzicielskim głosem, ale gdy tylko zauważa przerażenie widoczne na mojej twarzy poważnieje. - Co się stało?
- Tam, nad jeziorem... widziałam... dziewczynę z Jedynki. Na pewno gdzieś niedaleko są zawodowcy. Co my zrobimy? - mówię trzęsąc się.
- Siadaj. - mówi Odair i ciągnie mnie na koc obok siebie po czym przytula delikatnie - Musimy zorientować się gdzie konkretnie są. - dodaje i wygląda przez szczelinę. Siedzi przy niej już z dziesięć minut. - Są na drzewie.
- Na drzewie? Czemu? Przecież to są zawodowcy! - prycham. Zawodowcy zazwyczaj mają mnóstwo zapasów i bardzo często zostają przy Rogu Obfitości.
- Jakby nie patrzeć też nimi jesteśmy.
- Niby tak. Ale my w Czwórce nie mamy tych treningów, które oni mają! To zupełnie co innego. Poza tym, teraz wcale nikt pewnie nas nie uważa za zawodowców.
- Możliwe. To organizatorzy musieli ich do nas "przyprowadzić".
- Racja. - mówię tonem kończącym tą bezsensowną konwersację. Siedzimy chwilę w milczeniu obserwując trzy osoby siedzące na drzewie. - Nie mają pojęcia, że tu jesteśmy. Może by tak ich zestrzelić? To nie jest tak daleko.
- Nie ma szans. Wiem, że umiesz trochę strzelać, ale nie tak dobrze.
- Eeeeech. Szkoda, ze przy Rogu nie było trójzębu. - wzdycham.
- Mam pomysł. Nie ruszaj się stąd, cokolwiek by się stało. - mówi Finnick, zdejmując ubranie i zostając w samej bieliźnie.
- Co ty chcesz zrobić? - mówię przerażona. Spodziewam się najgorszego.
- Spokojnie. Nie denerwuj się. - odpowiada. Chwyta jeden nóż i oszczep po czym wskakuje do wody. Dwie minuty później widzę go wychodzącego na brzeg. " Zabiją go" myślę, ale wychylam się przez szczelinę, żeby obserwować co się stanie.
- Ej wy tam na drzewie! - słyszę głos Finnicka. Woda świetnie przenosi dźwięk. - Mam do was sprawę. - Zawodowcy zeskakują z drzewa i podchodzą do pięknego chłopaka.
- No witamy kochasiu. - mówi chłopak z Jedynki. - Gdzieś ty się podziewał?
- Daerie chyba stwierdziła, że nie nadaję się do waszej grupy, więc musiałem ratować własne życie. - odpowiada Finnick uśmiechając się.
- To nie była nasza decyzja. - tłumaczy chłopak z Dwójki. - Za to ta lalunia z twojego dystryktu ją zabiła. Szukamy tej Fany od wczoraj. Widziałeś ją?
- Nie, nie widziałem. - odpowiada Odair bez zmrużenia oka. - Mogę się do was przyłączyć? - dodaje, a reszta spogląda na siebie z nieprzeniknionymi twarzami - Lionel? Faire?
- Ech, wybacz, ale ... - zaczyna chłopak z Jedynki.
- Nie sądzimy, żeby to był dobry pomysł. - kończy za niego Faire. W tym samym momencie z nieba sfruwa na dużym srebrnym spadochronie wspaniały trójząb. Zanim ktokolwiek orientuje się o co chodzi Finnick łapie go i przekłuwa Lionela na wylot. W następnej sekundzie pada chłopak z Dwójki. Faire cofa się z przerażeniem na twarzy i po chwili już wspina się na drzewo, gdzie ma wszystkie swoje rzeczy. Nawet z tej odległości widzę łzy na jej twarzy.
- Jak mogłeś?! - wrzeszczy i zeskakuje z plecakiem z drzewa po czym znika w gęstwinie lasu. Finnick czeka z minutę patrząc na ciała obu zawodowców i wskakuje do wody. Ja cofam się od szczeliny i zaczynam pakować plecak. Jestem przerażona. Mój sojusznik ma najlepszą broń, jaką osoba z naszego dystryktu może dostać. Postanawiam uciec. Zarzucam plecak na plecy i odwracam się. Widzę przepiękne złociste ciało, brązowe włosy i zielone oczy, a także trójząb. Wszystko to ocieka wodą, a ja mdleję z przerażenia.
Otwieram oczy. Nie wiem czy żyję, czy już umarłam, ale jedno jest pewne. Nie jestem w jaskini pod wodospadem. Rozglądam się i zdaję sobie sprawę z tego, że znajduję się jakieś dwanaście metrów nad ziemią. Leże twarzą na dół. Powoli siadam na bardzo grubym konarze. To drzewo. Wokół mnie na kocu leżą dwa plecaki i nóż. Słyszę szmer i spoglądam w dół. To Finnick wdrapuje się po drzewie.
- O, śpiąca królewno. Obudziłaś się? - pyta słodkim głosem.
- Czemu mnie nie zabiłeś? - pytam. Przypominam sobie czemu zemdlałam i spoglądam na trójząb, który Finnick trzyma w ręku.
- Nigdy nie dam rady cię zabić. - mówi Odair. - Kocham cię. - w mojej głowie eksploduje milion myśli naraz, ale wypowiadam na głos tylko jedną z nich.
- Jak długo byłam nieprzytomna?
- Trzy dni.
- Kto jeszcze żyje?
- Faire, my, oby dwójka z Dziewiątki i dziewczyna z Jedenastki.
- Tylko tyle?
- Tak. - mówi. - Zabiłem większość. - dodaje ze smutkiem.
- Rozdzielmy się. - mówię cicho. Czekam na odpowiedź, ale ona nie następuje, więc chwytam jeden plecak, pakuję pojedynczą parę bielizny, butelkę jodyny, konserwę, butelkę wody, koc, nóż i oszczep. Zeskakuję z drzewa i idę przed siebie kilka godzin. Nagle słyszę armatni wystrzał i wstrząsa mną dreszcz. Co jeżeli zabili Finnicka? "To lepiej dla ciebie, nie będziesz musiała go zabijać" myślę, ale to nie pomaga. Zatrzymuję się. Co to za szelest? Rozglądam się dookoła i zauważam dziewczynę. Ma może z szesnaście lat. Celuje we mnie toporem. Jak w zwolnionym tempie widzę lecącą w moją stronę broń i zamykam oczy. Czy to mój koniec?
Budzę się i rozglądam dookoła. Leżę w śpiworze, a koło mnie mój sojusznik przykryty kocami. Wyglądam przez szczelinę na zewnątrz. Musi być coś koło ósmej rano. Decyduję się złowić parę ryb na śniadanie, gdy ją zauważam. Dziewczyna z Jedynki klęcząca nad jeziorem i nabierająca wody do butelki. Natychmiast podchodzę do Finnicka i delikatnie nim potrząsam. Budzi się natychmiast.
- Dzień dobry. - mówi uwodzicielskim głosem, ale gdy tylko zauważa przerażenie widoczne na mojej twarzy poważnieje. - Co się stało?
- Tam, nad jeziorem... widziałam... dziewczynę z Jedynki. Na pewno gdzieś niedaleko są zawodowcy. Co my zrobimy? - mówię trzęsąc się.
- Siadaj. - mówi Odair i ciągnie mnie na koc obok siebie po czym przytula delikatnie - Musimy zorientować się gdzie konkretnie są. - dodaje i wygląda przez szczelinę. Siedzi przy niej już z dziesięć minut. - Są na drzewie.
- Na drzewie? Czemu? Przecież to są zawodowcy! - prycham. Zawodowcy zazwyczaj mają mnóstwo zapasów i bardzo często zostają przy Rogu Obfitości.
- Jakby nie patrzeć też nimi jesteśmy.
- Niby tak. Ale my w Czwórce nie mamy tych treningów, które oni mają! To zupełnie co innego. Poza tym, teraz wcale nikt pewnie nas nie uważa za zawodowców.
- Możliwe. To organizatorzy musieli ich do nas "przyprowadzić".
- Racja. - mówię tonem kończącym tą bezsensowną konwersację. Siedzimy chwilę w milczeniu obserwując trzy osoby siedzące na drzewie. - Nie mają pojęcia, że tu jesteśmy. Może by tak ich zestrzelić? To nie jest tak daleko.
- Nie ma szans. Wiem, że umiesz trochę strzelać, ale nie tak dobrze.
- Eeeeech. Szkoda, ze przy Rogu nie było trójzębu. - wzdycham.
- Mam pomysł. Nie ruszaj się stąd, cokolwiek by się stało. - mówi Finnick, zdejmując ubranie i zostając w samej bieliźnie.
- Co ty chcesz zrobić? - mówię przerażona. Spodziewam się najgorszego.
- Spokojnie. Nie denerwuj się. - odpowiada. Chwyta jeden nóż i oszczep po czym wskakuje do wody. Dwie minuty później widzę go wychodzącego na brzeg. " Zabiją go" myślę, ale wychylam się przez szczelinę, żeby obserwować co się stanie.
- Ej wy tam na drzewie! - słyszę głos Finnicka. Woda świetnie przenosi dźwięk. - Mam do was sprawę. - Zawodowcy zeskakują z drzewa i podchodzą do pięknego chłopaka.
- No witamy kochasiu. - mówi chłopak z Jedynki. - Gdzieś ty się podziewał?
- Daerie chyba stwierdziła, że nie nadaję się do waszej grupy, więc musiałem ratować własne życie. - odpowiada Finnick uśmiechając się.
- To nie była nasza decyzja. - tłumaczy chłopak z Dwójki. - Za to ta lalunia z twojego dystryktu ją zabiła. Szukamy tej Fany od wczoraj. Widziałeś ją?
- Nie, nie widziałem. - odpowiada Odair bez zmrużenia oka. - Mogę się do was przyłączyć? - dodaje, a reszta spogląda na siebie z nieprzeniknionymi twarzami - Lionel? Faire?
- Ech, wybacz, ale ... - zaczyna chłopak z Jedynki.
- Nie sądzimy, żeby to był dobry pomysł. - kończy za niego Faire. W tym samym momencie z nieba sfruwa na dużym srebrnym spadochronie wspaniały trójząb. Zanim ktokolwiek orientuje się o co chodzi Finnick łapie go i przekłuwa Lionela na wylot. W następnej sekundzie pada chłopak z Dwójki. Faire cofa się z przerażeniem na twarzy i po chwili już wspina się na drzewo, gdzie ma wszystkie swoje rzeczy. Nawet z tej odległości widzę łzy na jej twarzy.
- Jak mogłeś?! - wrzeszczy i zeskakuje z plecakiem z drzewa po czym znika w gęstwinie lasu. Finnick czeka z minutę patrząc na ciała obu zawodowców i wskakuje do wody. Ja cofam się od szczeliny i zaczynam pakować plecak. Jestem przerażona. Mój sojusznik ma najlepszą broń, jaką osoba z naszego dystryktu może dostać. Postanawiam uciec. Zarzucam plecak na plecy i odwracam się. Widzę przepiękne złociste ciało, brązowe włosy i zielone oczy, a także trójząb. Wszystko to ocieka wodą, a ja mdleję z przerażenia.
Otwieram oczy. Nie wiem czy żyję, czy już umarłam, ale jedno jest pewne. Nie jestem w jaskini pod wodospadem. Rozglądam się i zdaję sobie sprawę z tego, że znajduję się jakieś dwanaście metrów nad ziemią. Leże twarzą na dół. Powoli siadam na bardzo grubym konarze. To drzewo. Wokół mnie na kocu leżą dwa plecaki i nóż. Słyszę szmer i spoglądam w dół. To Finnick wdrapuje się po drzewie.
- O, śpiąca królewno. Obudziłaś się? - pyta słodkim głosem.
- Czemu mnie nie zabiłeś? - pytam. Przypominam sobie czemu zemdlałam i spoglądam na trójząb, który Finnick trzyma w ręku.
- Nigdy nie dam rady cię zabić. - mówi Odair. - Kocham cię. - w mojej głowie eksploduje milion myśli naraz, ale wypowiadam na głos tylko jedną z nich.
- Jak długo byłam nieprzytomna?
- Trzy dni.
- Kto jeszcze żyje?
- Faire, my, oby dwójka z Dziewiątki i dziewczyna z Jedenastki.
- Tylko tyle?
- Tak. - mówi. - Zabiłem większość. - dodaje ze smutkiem.
- Rozdzielmy się. - mówię cicho. Czekam na odpowiedź, ale ona nie następuje, więc chwytam jeden plecak, pakuję pojedynczą parę bielizny, butelkę jodyny, konserwę, butelkę wody, koc, nóż i oszczep. Zeskakuję z drzewa i idę przed siebie kilka godzin. Nagle słyszę armatni wystrzał i wstrząsa mną dreszcz. Co jeżeli zabili Finnicka? "To lepiej dla ciebie, nie będziesz musiała go zabijać" myślę, ale to nie pomaga. Zatrzymuję się. Co to za szelest? Rozglądam się dookoła i zauważam dziewczynę. Ma może z szesnaście lat. Celuje we mnie toporem. Jak w zwolnionym tempie widzę lecącą w moją stronę broń i zamykam oczy. Czy to mój koniec?
piątek, 7 lutego 2014
Rozdział Piąty. Igrzyska czas zacząć!
Przez chwilę pochłania mnie ciemność, jednak po kilku sekundach oślepia mnie blask słońca. Jestem na arenie. Nagle słyszę mocny, tubalny głos Claudiusa Templesmitha:
- Panie i Panowie! Sześćdziesiąte Piąte Igrzyska Głodowe uważam za otwarte!
Zaraz po tym oświadczeniu kobiecy głos zaczyna odliczać sześćdziesiąt sekund, po których będziemy mogli zejść z tarcz. Rozglądam się. Znajdujemy się po środku polany obrośniętej dookoła lasem. Czuję kompletne przerażenie. W Czwórce las wygląda zupełnie inaczej. Całe szczęście, że tyle czasu spędziłam przy stanowisku z rozpoznawaniem jadalnych grzybów i roślin. Jednak po chwili słyszę coś co mnie uspokaja. Odległy szum wody. Może to jakaś rzeka albo wodospad. Muszę się tam dostać. Na razie decyduję rozejrzeć się po Rogu Obfitości. Blisko mnie leżą dwa plecaki i nóż. Postanawiam je porwać i uciekać stąd jak najszybciej.
Rozbrzmiewa gong. Zeskakuję z tarczy i chwytam upatrzone przeze mnie przedmioty. Odwracam się i biegnę w kierunku najbliższego drzewa, jednak coś każe mi się zawrócić, więc spoglądam przez ramię na Róg. Zauważam dziewczynę z Dwójki celującą nożem do odwróconego plecami Finnicka. Decyzję podejmuję w mniej niż sekundę. Rzucam w dziewczynę najbliżej znajdującym się mnie oszczepem i biegnę tam. Wyszarpuję go z jej ciała i podbiegam do zdezorientowanego Odaira.
- Bierz co chcesz i uciekamy! - wrzeszczę i chwytam nóż leżący na ziemi. Nie odwracając się na nikogo wbiegam do lasu. Biegnę przez jakąś godzinę po czym zauważam rzekę i decyduję się biegnąć w kierunku jej źródła. Po kilku godzinach zamiast do źródła dobiegam do gigantycznego wodospadu. Dopiero tutaj decyduję się stanąć i odwracam się. Dwa centymetry od mojej twarzy widzę twarz Finnicka.
- Co ty robisz? - pytam zdenerwowana - Odsuń się.
- Przepraszam. - odpowiada mój sojusznik - Uratowałaś mi życie.
- Zgadza się. - mówię chłodno - Co teraz? - dodaję.
- Myślę, że powinniśmy obejrzeć ten wodospad.
- Wodospad? Myślisz, że jest za nim jakaś jaskinia, czy coś? - pytam zdziwiona.
- Wszystko jest możliwe. - odpowiada szczerząc swoje nieskazitelnie białe zęby - Chcesz sama sprawdzić, czy ja mam iść?
- Ja pójdę. - warczę, po czym zdejmuję ubranie i gdy zostaję w samej bieliźnie zanurzam się powoli w wodzie. jest cudownie chłodna. Mogłabym siedzieć tak cały dzień. Z niechęcią podpływam do wodospadu pryskającego na wszystkie strony wodą i nurkuję na jakieś dwa metry pod powierzchnią. Płynę naprzód. Po chwili trafiam na skalną ścianę, więc wypływam na powierzchnię. Przed moimi oczami ukazuje się całkiem spora, a co najważniejsze sucha jaskinia. Jest idealna do zamieszkania na jakiś czas. Wychodzę z wody i rozglądam się po grocie. Zauważam, że wodospad jest jakieś dwa metry od rozpoczęcia skalnej półki oraz, że z boku wodospadu znajduje się szczelina szerokości około metra, której nie widać z zewnątrz. Decyduję się przez nią wyjrzeć i jak na dłoni ukazuje mi się całe jeziorko tworzące się przy wodospadzie, ale także spory kawałek brzegu i część lasu. Uśmiecham się do siebie i wracam do Finnicka.
- Hej Odair! - krzyczę, idealnie naśladując dziewczynę z Szóstki. Mój sojusznik obraca się natychmiast w moim kierunku.
- Co ty robisz?! Chcesz żebym zawału dostał? - krzyczy, a ja śmieję się cicho.
- Nie, za dużo byłoby z tobą roboty. - odpowiadam z uśmiechem wychodząc z wody - Znalazłam jaskinię! Musimy tam tylko przenieść rzeczy nie mocząc ich.
- Ciekawe jak tego dokonamy. - mówi Finnick sarkastycznie, ale kiedy opowiadam mu o szczelinie rozbiera się do bielizny i w dziesięć minut cały nasz dobytek ląduje na skalnej półce.
Gdy mamy to załatwione decydujemy się zobaczyć co jest w naszych plecakach.
- Dwie pary zapasowej bielizny, trzy buteleczki jodyny, bandaże, zapałki, dwa koce, śpiwór, cztery konserwy, igła i nitka - mówię - Świetnie. Od razu możemy się przebrać w suche rzeczy!
- Może pójdę nałapać trochę jakichś ryb na kolację? - pyta Finnick.
- Dobrze. Idź. - odpowiadam. Gdy tylko znika mi z oczu przebieram się i siadam na jednym kocu. Po dziesięciu minutach wraca mój sojusznik z kilkoma rybami, paroma jadalnymi roślinami i garścią chrustu.
- Myślisz, że rozpalenie ogniska jest bezpieczne? - pytam patrząc podejrzliwie na drewno.
- Myślę, że możemy je rozpalić blisko tej szczeliny. Dym będzie wyglądał jak para wodna. - odpowiada i uśmiecha się do mnie.
- Zgoda. -wypalam i pół godziny później oglądamy smażące się ryby.
- Zaczyna się ściemniać - zauważa Finnick - zaraz pokażą kto zginął.
Wychylamy się przez szczelinę kiedy rozbrzmiewa hymn. Na niebie wyświetlają się zdjęcia poległych.
- Daerie, Samnela, Waen, Klovnie, Sam, Jakob, Sytia, Fayel. - mówi Finnick.
- Kto? - pytam zdumiona. Nie kojarzę żadnego z tych imion.
- Dziewczyna z Dwójki, którą zabiłaś to Daerie. Samnela do dziewczyna z Piątki, Wean to chłopak z Piątki, Klovnie to dziewczyna z Siódemki, Sam to chłopak z Ósemki, Sytia to dziewczyna z dziesiątki, a Fayel to chłopak z Dwunastki. - mówi Finnick.
- Jejku. Nie miałam pojęcia, że tak się nazywali. - mówię cicho. - Strasznie zimno się zrobiło, idę spać - dodaję.
- Ja też. - mówi Odair. Zgadzam się na to wiedząc, że na pewno nikt nie zdaje sobie sprawy, że tu jesteśmy, a może już jutro organizatorzy zmuszą nas do wyniesienia się z miłej kryjówki. Podchodzę do dwóch koców i śpiwora, ale nie wiem co zrobić. Teraz jest już bardzo zimno, a koc nie zatrzymuje ciepła tak dobrze jak śpiwór. Już chcę zaproponować Finnickowi, że będę spać pod kocem, gdy ktoś obejmuje mnie z tyłu w talii. Odwracam się. Patrzę mojemu sojusznikowi głęboko w oczy i odczuwam przyjemne ciepło. Przy nim mogę poczuć się bezpiecznie. Powoli moje usta zbliżają się do jego ust i łączą w pocałunku. Moim pierwszym prawdziwym pocałunku w życiu.
- Panie i Panowie! Sześćdziesiąte Piąte Igrzyska Głodowe uważam za otwarte!
Zaraz po tym oświadczeniu kobiecy głos zaczyna odliczać sześćdziesiąt sekund, po których będziemy mogli zejść z tarcz. Rozglądam się. Znajdujemy się po środku polany obrośniętej dookoła lasem. Czuję kompletne przerażenie. W Czwórce las wygląda zupełnie inaczej. Całe szczęście, że tyle czasu spędziłam przy stanowisku z rozpoznawaniem jadalnych grzybów i roślin. Jednak po chwili słyszę coś co mnie uspokaja. Odległy szum wody. Może to jakaś rzeka albo wodospad. Muszę się tam dostać. Na razie decyduję rozejrzeć się po Rogu Obfitości. Blisko mnie leżą dwa plecaki i nóż. Postanawiam je porwać i uciekać stąd jak najszybciej.
Rozbrzmiewa gong. Zeskakuję z tarczy i chwytam upatrzone przeze mnie przedmioty. Odwracam się i biegnę w kierunku najbliższego drzewa, jednak coś każe mi się zawrócić, więc spoglądam przez ramię na Róg. Zauważam dziewczynę z Dwójki celującą nożem do odwróconego plecami Finnicka. Decyzję podejmuję w mniej niż sekundę. Rzucam w dziewczynę najbliżej znajdującym się mnie oszczepem i biegnę tam. Wyszarpuję go z jej ciała i podbiegam do zdezorientowanego Odaira.
- Bierz co chcesz i uciekamy! - wrzeszczę i chwytam nóż leżący na ziemi. Nie odwracając się na nikogo wbiegam do lasu. Biegnę przez jakąś godzinę po czym zauważam rzekę i decyduję się biegnąć w kierunku jej źródła. Po kilku godzinach zamiast do źródła dobiegam do gigantycznego wodospadu. Dopiero tutaj decyduję się stanąć i odwracam się. Dwa centymetry od mojej twarzy widzę twarz Finnicka.
- Co ty robisz? - pytam zdenerwowana - Odsuń się.
- Przepraszam. - odpowiada mój sojusznik - Uratowałaś mi życie.
- Zgadza się. - mówię chłodno - Co teraz? - dodaję.
- Myślę, że powinniśmy obejrzeć ten wodospad.
- Wodospad? Myślisz, że jest za nim jakaś jaskinia, czy coś? - pytam zdziwiona.
- Wszystko jest możliwe. - odpowiada szczerząc swoje nieskazitelnie białe zęby - Chcesz sama sprawdzić, czy ja mam iść?
- Ja pójdę. - warczę, po czym zdejmuję ubranie i gdy zostaję w samej bieliźnie zanurzam się powoli w wodzie. jest cudownie chłodna. Mogłabym siedzieć tak cały dzień. Z niechęcią podpływam do wodospadu pryskającego na wszystkie strony wodą i nurkuję na jakieś dwa metry pod powierzchnią. Płynę naprzód. Po chwili trafiam na skalną ścianę, więc wypływam na powierzchnię. Przed moimi oczami ukazuje się całkiem spora, a co najważniejsze sucha jaskinia. Jest idealna do zamieszkania na jakiś czas. Wychodzę z wody i rozglądam się po grocie. Zauważam, że wodospad jest jakieś dwa metry od rozpoczęcia skalnej półki oraz, że z boku wodospadu znajduje się szczelina szerokości około metra, której nie widać z zewnątrz. Decyduję się przez nią wyjrzeć i jak na dłoni ukazuje mi się całe jeziorko tworzące się przy wodospadzie, ale także spory kawałek brzegu i część lasu. Uśmiecham się do siebie i wracam do Finnicka.
- Hej Odair! - krzyczę, idealnie naśladując dziewczynę z Szóstki. Mój sojusznik obraca się natychmiast w moim kierunku.
- Co ty robisz?! Chcesz żebym zawału dostał? - krzyczy, a ja śmieję się cicho.
- Nie, za dużo byłoby z tobą roboty. - odpowiadam z uśmiechem wychodząc z wody - Znalazłam jaskinię! Musimy tam tylko przenieść rzeczy nie mocząc ich.
- Ciekawe jak tego dokonamy. - mówi Finnick sarkastycznie, ale kiedy opowiadam mu o szczelinie rozbiera się do bielizny i w dziesięć minut cały nasz dobytek ląduje na skalnej półce.
Gdy mamy to załatwione decydujemy się zobaczyć co jest w naszych plecakach.
- Dwie pary zapasowej bielizny, trzy buteleczki jodyny, bandaże, zapałki, dwa koce, śpiwór, cztery konserwy, igła i nitka - mówię - Świetnie. Od razu możemy się przebrać w suche rzeczy!
- Może pójdę nałapać trochę jakichś ryb na kolację? - pyta Finnick.
- Dobrze. Idź. - odpowiadam. Gdy tylko znika mi z oczu przebieram się i siadam na jednym kocu. Po dziesięciu minutach wraca mój sojusznik z kilkoma rybami, paroma jadalnymi roślinami i garścią chrustu.
- Myślisz, że rozpalenie ogniska jest bezpieczne? - pytam patrząc podejrzliwie na drewno.
- Myślę, że możemy je rozpalić blisko tej szczeliny. Dym będzie wyglądał jak para wodna. - odpowiada i uśmiecha się do mnie.
- Zgoda. -wypalam i pół godziny później oglądamy smażące się ryby.
- Zaczyna się ściemniać - zauważa Finnick - zaraz pokażą kto zginął.
Wychylamy się przez szczelinę kiedy rozbrzmiewa hymn. Na niebie wyświetlają się zdjęcia poległych.
- Daerie, Samnela, Waen, Klovnie, Sam, Jakob, Sytia, Fayel. - mówi Finnick.
- Kto? - pytam zdumiona. Nie kojarzę żadnego z tych imion.
- Dziewczyna z Dwójki, którą zabiłaś to Daerie. Samnela do dziewczyna z Piątki, Wean to chłopak z Piątki, Klovnie to dziewczyna z Siódemki, Sam to chłopak z Ósemki, Sytia to dziewczyna z dziesiątki, a Fayel to chłopak z Dwunastki. - mówi Finnick.
- Jejku. Nie miałam pojęcia, że tak się nazywali. - mówię cicho. - Strasznie zimno się zrobiło, idę spać - dodaję.
- Ja też. - mówi Odair. Zgadzam się na to wiedząc, że na pewno nikt nie zdaje sobie sprawy, że tu jesteśmy, a może już jutro organizatorzy zmuszą nas do wyniesienia się z miłej kryjówki. Podchodzę do dwóch koców i śpiwora, ale nie wiem co zrobić. Teraz jest już bardzo zimno, a koc nie zatrzymuje ciepła tak dobrze jak śpiwór. Już chcę zaproponować Finnickowi, że będę spać pod kocem, gdy ktoś obejmuje mnie z tyłu w talii. Odwracam się. Patrzę mojemu sojusznikowi głęboko w oczy i odczuwam przyjemne ciepło. Przy nim mogę poczuć się bezpiecznie. Powoli moje usta zbliżają się do jego ust i łączą w pocałunku. Moim pierwszym prawdziwym pocałunku w życiu.
środa, 5 lutego 2014
Rozdział Czwarty - Ceasar Flickerman
Dzisiaj będę musiała zmierzyć się z Ceasearem Flickermanem, który przeprowadzi ze mną wywiad tuż przed Igrzyskami. On zawsze wygląda tak samo. Jedyne co się w nim zmienia to kolor włosów i brwi, jest to nieco przerażające.
Tuż po śniadaniu porywa mnie Lauren i karze chodzić po scenie w tą i z powrotem w bardzo niewygodnych butach i jeszcze mniej wygodnej sukience. Mam nadzieję, że Loky przygotuje dla mnie na wieczór coś wygodniejszego. Po pięciogodzinnych męczarniach idę do Mags, aby przetrenować mój sposób odpowiadania na pytania Ceaseara. Chyba jednak widzi, że jestem padnięta, więc tylko się uśmiecha i mówi, abym była na scenie po prostu sobą. Aż do wieczora jestem wolna. Cudowne uczucie. Postanawiam pochodzić trochę po Ośrodku, ale po obejściu naszego piętra czuję, że mam dosyć. Idę do swojego pokoju i myję się, po czym wskakuję na łóżko i momentalnie zasypiam. Po kilku godzinach ktoś mnie budzi. To Loky.
- Fany, Fany! Wstawaj kochana! Muszę Cię porządnie ubrać! - mówi. Jednak zanim to nastąpi, ekipa przygotowawcza robi ze mną porządek. Malują mi paznokcie, robią fryzurę i makijaż. Gdy jestem gotowa mój stylista każe mi zamknąć oczy i wkłada mi przez głowę sukienkę. Jest śliczna. Zielona z niebieskim wzorem symbolizującym pochodzenie z mojego dystryktu. Ku mojej uldze jest bardzo wygodna. Buty są białe, jak morska piana i jest w nich o wiele łatwiej chodzić niż w butach Lauren.
Gdy jestem gotowa idę za kulisy sceny. Są już prawie wszyscy. Finnick siedzi na krześle, a ja siadam koło niego. Wygląda cudownie. Ma biało niebieski garnitur opleciony siecią.
- Wyglądasz niesamowicie - mówię cicho.
- Ty jeszcze lepiej ode mnie - odpowiada. Mam chęć poznać Finnicka bliżej, ale się boję. Wiem, że już jutro zaczniemy walkę na śmierć i życie. O wiele łatwiej zabija się kogoś kogo się nie zna. Zresztą pewnie będzie chciał być zawodowcem. Zawodowcy to trybuci z Jedynki, Dwójki i Czwórki. Ja nie mam zamiaru zostać jedną z nich. Już wolę w ogóle nie mieć sprzymierzeńców. Rozlega się gong, a Finnick delikatnie pcha mnie w stronę sceny, więc niepewnie wchodzę na nią i oślepiona blaskiem reflektorów siadam koło uśmiechniętego Ceaseara.
- Witaj Fany! Przepięknie dziś wyglądasz! - woła na mój widok.
- A ty jak zawsze - odpowiadam, zżera mnie trema, ale wszyscy wybuchają śmiechem.
- Och no tak, to prawda - zgadza się ze mną prowadzący - Skoro to już ustaliliśmy może powiesz nam co czułaś kiedy Cię wylosowano. Czemu nikt się za Ciebie nie zgłosił? W waszym dystrykcie jest zazwyczaj pełno ochotników.
- Nie mam pojęcia - mówię - myślę, że to z szoku, zresztą, nie mam o to do nikogo pretensji.
- Rozumiem, jednak z tego co wiemy masz szesnastoletnią siostrę, czy ona nie chciała zająć twego miejsca?
- Najwyraźniej. Chyba nie spodziewała się, ze będą tu takie ładne ubrania. Na pewno by się zgłosiła. - mówię i uśmiecham się. Ceasear wybucha śmiechem.
- Jak podoba Ci się w Kapitolu? - pyta.
- Och, jest bardzo ładnie.- mówię - Jednak nadal nie mogę ogarnąć tych wszystkich przycisków w moim pokoju. Zawsze pod prysznicem obleję się jakimś dziwnym płynem, albo zamiast makaronu zamawiam rybę. - znowu śmiech na widowni.
- Ja nadal często się mylę, mimo iż tyle czasu już tu mieszkam! - oznajmia Ceasear ku uciesze tłumu. - Jeszcze jedno pytanie... masz może jakiegoś chłopaka, do którego chciałabyś wrócić? - pyta.
- Nie. - odpowiadam szczerze. - Co prawda, mam niezłe powodzenie w szkole, ale mi nikt się nie podoba.
- A Finnick, który tu z tobą przyjechał? Musisz przyznać, że niezły z niego przystojniak!
- Może i tak, ale nie czasu na myślenie o tym. Chciałabym najpierw nauczyć się obsługiwać "tutejszy" kran. - odpowiadam i w tej samej chwili rozlega się brzęczyk, zagłuszony przez śmiech publiki.
- Dziękuję za rozmowę! - krzyczy Flickerman.
Schodzę ze sceny i wysłuchuję rozmowy Finnicka. Publiczność szaleje, kochają go. Niestety zdaję sobie sprawę, ze zapewne przetrwam w pamięci wszystkich, jedynie jako osoba z czwartego dystryktu "Ta od Finnicka". Gdy jest już po programie idę prosto do windy. Staram się jak najszybciej odjechać sama, ale za mną wchodzi chłopak z Dziesiątki.
- Co tam mała? - pyta uśmiechając się głupkowato. - Szukasz kogoś, z kim mogłabyś spędzić noc?
- Jeżeli się nie odczepisz, spędzisz noc z wodorostem w nosie - oznajmiam zszokowana pokazując na wodorosty, którymi udekorowana jest moja głowa, po czym wychodzę z windy na swoim piętrze. Z drugiej widzę wyskakującego Finnicka. Z mojej twarzy wyczytuje, że coś nie tak, więc podchodzi i przytula mnie. Pozwalam abyśmy kilka minut stali nieruchomo, ale po chwili wyrywam się i pędzę do swojego pokoju. Zrywam z siebie ubranie i idę spać.
Budzę się bardzo wcześnie, ale widzę przyszykowane ubranie, więc ubieram się i idę zjeść śniadanie. Gdy kończę wchodzi Finnick. Nic nie mówi. Po chwili przychodzi po nas Mags i prowadzi na dach Ośrodka po czym każe chwycić nam się drabinki, która unieruchamia nas i wciąga na pokład poduszkowca. Podchodzi do mnie kobieta z igłą.
- To jest twój lokalizator. - tłumaczy i robi zastrzyk. Lecimy kilka minut. Kiedy w końcu lądujemy schodzę do specjalnego pomieszczenia pod areną, które zostało stworzone specjalnie dla mnie.
Ktoś podchodzi z tyłu i chwyta mnie za rękę. To Loky. Pomaga mi włożyć strój, który będę nosiła na arenie. Przypomina trochę strój do polowania w lasach. Widziałam taki w jakimś podręczniku. Prawie wszystko jest skórzane. " To dobrze" - myślę. Rozlega się miły kobiecy głos, który oznajmia, że za chwilę ruszą metalowe cylindry, więc wchodzę na niego. Po chwili od Loky'ego oddziela mnie szyba, a cylinder rusza w górę. Czas na śmierć.
Tuż po śniadaniu porywa mnie Lauren i karze chodzić po scenie w tą i z powrotem w bardzo niewygodnych butach i jeszcze mniej wygodnej sukience. Mam nadzieję, że Loky przygotuje dla mnie na wieczór coś wygodniejszego. Po pięciogodzinnych męczarniach idę do Mags, aby przetrenować mój sposób odpowiadania na pytania Ceaseara. Chyba jednak widzi, że jestem padnięta, więc tylko się uśmiecha i mówi, abym była na scenie po prostu sobą. Aż do wieczora jestem wolna. Cudowne uczucie. Postanawiam pochodzić trochę po Ośrodku, ale po obejściu naszego piętra czuję, że mam dosyć. Idę do swojego pokoju i myję się, po czym wskakuję na łóżko i momentalnie zasypiam. Po kilku godzinach ktoś mnie budzi. To Loky.
- Fany, Fany! Wstawaj kochana! Muszę Cię porządnie ubrać! - mówi. Jednak zanim to nastąpi, ekipa przygotowawcza robi ze mną porządek. Malują mi paznokcie, robią fryzurę i makijaż. Gdy jestem gotowa mój stylista każe mi zamknąć oczy i wkłada mi przez głowę sukienkę. Jest śliczna. Zielona z niebieskim wzorem symbolizującym pochodzenie z mojego dystryktu. Ku mojej uldze jest bardzo wygodna. Buty są białe, jak morska piana i jest w nich o wiele łatwiej chodzić niż w butach Lauren.
Gdy jestem gotowa idę za kulisy sceny. Są już prawie wszyscy. Finnick siedzi na krześle, a ja siadam koło niego. Wygląda cudownie. Ma biało niebieski garnitur opleciony siecią.
- Wyglądasz niesamowicie - mówię cicho.
- Ty jeszcze lepiej ode mnie - odpowiada. Mam chęć poznać Finnicka bliżej, ale się boję. Wiem, że już jutro zaczniemy walkę na śmierć i życie. O wiele łatwiej zabija się kogoś kogo się nie zna. Zresztą pewnie będzie chciał być zawodowcem. Zawodowcy to trybuci z Jedynki, Dwójki i Czwórki. Ja nie mam zamiaru zostać jedną z nich. Już wolę w ogóle nie mieć sprzymierzeńców. Rozlega się gong, a Finnick delikatnie pcha mnie w stronę sceny, więc niepewnie wchodzę na nią i oślepiona blaskiem reflektorów siadam koło uśmiechniętego Ceaseara.
- Witaj Fany! Przepięknie dziś wyglądasz! - woła na mój widok.
- A ty jak zawsze - odpowiadam, zżera mnie trema, ale wszyscy wybuchają śmiechem.
- Och no tak, to prawda - zgadza się ze mną prowadzący - Skoro to już ustaliliśmy może powiesz nam co czułaś kiedy Cię wylosowano. Czemu nikt się za Ciebie nie zgłosił? W waszym dystrykcie jest zazwyczaj pełno ochotników.
- Nie mam pojęcia - mówię - myślę, że to z szoku, zresztą, nie mam o to do nikogo pretensji.
- Rozumiem, jednak z tego co wiemy masz szesnastoletnią siostrę, czy ona nie chciała zająć twego miejsca?
- Najwyraźniej. Chyba nie spodziewała się, ze będą tu takie ładne ubrania. Na pewno by się zgłosiła. - mówię i uśmiecham się. Ceasear wybucha śmiechem.
- Jak podoba Ci się w Kapitolu? - pyta.
- Och, jest bardzo ładnie.- mówię - Jednak nadal nie mogę ogarnąć tych wszystkich przycisków w moim pokoju. Zawsze pod prysznicem obleję się jakimś dziwnym płynem, albo zamiast makaronu zamawiam rybę. - znowu śmiech na widowni.
- Ja nadal często się mylę, mimo iż tyle czasu już tu mieszkam! - oznajmia Ceasear ku uciesze tłumu. - Jeszcze jedno pytanie... masz może jakiegoś chłopaka, do którego chciałabyś wrócić? - pyta.
- Nie. - odpowiadam szczerze. - Co prawda, mam niezłe powodzenie w szkole, ale mi nikt się nie podoba.
- A Finnick, który tu z tobą przyjechał? Musisz przyznać, że niezły z niego przystojniak!
- Może i tak, ale nie czasu na myślenie o tym. Chciałabym najpierw nauczyć się obsługiwać "tutejszy" kran. - odpowiadam i w tej samej chwili rozlega się brzęczyk, zagłuszony przez śmiech publiki.
- Dziękuję za rozmowę! - krzyczy Flickerman.
Schodzę ze sceny i wysłuchuję rozmowy Finnicka. Publiczność szaleje, kochają go. Niestety zdaję sobie sprawę, ze zapewne przetrwam w pamięci wszystkich, jedynie jako osoba z czwartego dystryktu "Ta od Finnicka". Gdy jest już po programie idę prosto do windy. Staram się jak najszybciej odjechać sama, ale za mną wchodzi chłopak z Dziesiątki.
- Co tam mała? - pyta uśmiechając się głupkowato. - Szukasz kogoś, z kim mogłabyś spędzić noc?
- Jeżeli się nie odczepisz, spędzisz noc z wodorostem w nosie - oznajmiam zszokowana pokazując na wodorosty, którymi udekorowana jest moja głowa, po czym wychodzę z windy na swoim piętrze. Z drugiej widzę wyskakującego Finnicka. Z mojej twarzy wyczytuje, że coś nie tak, więc podchodzi i przytula mnie. Pozwalam abyśmy kilka minut stali nieruchomo, ale po chwili wyrywam się i pędzę do swojego pokoju. Zrywam z siebie ubranie i idę spać.
Budzę się bardzo wcześnie, ale widzę przyszykowane ubranie, więc ubieram się i idę zjeść śniadanie. Gdy kończę wchodzi Finnick. Nic nie mówi. Po chwili przychodzi po nas Mags i prowadzi na dach Ośrodka po czym każe chwycić nam się drabinki, która unieruchamia nas i wciąga na pokład poduszkowca. Podchodzi do mnie kobieta z igłą.
- To jest twój lokalizator. - tłumaczy i robi zastrzyk. Lecimy kilka minut. Kiedy w końcu lądujemy schodzę do specjalnego pomieszczenia pod areną, które zostało stworzone specjalnie dla mnie.
Ktoś podchodzi z tyłu i chwyta mnie za rękę. To Loky. Pomaga mi włożyć strój, który będę nosiła na arenie. Przypomina trochę strój do polowania w lasach. Widziałam taki w jakimś podręczniku. Prawie wszystko jest skórzane. " To dobrze" - myślę. Rozlega się miły kobiecy głos, który oznajmia, że za chwilę ruszą metalowe cylindry, więc wchodzę na niego. Po chwili od Loky'ego oddziela mnie szyba, a cylinder rusza w górę. Czas na śmierć.
niedziela, 2 lutego 2014
Rozdział trzeci. Przygotowania.
Robię jeden krok w kierunku podium i prawie upadam, łapie mnie jakiś chłopak, więc burczę "Dzięki" i nie odwracając się na niego wchodzę na scenę i podbiegam do Lauren. Ona uśmiecha się do mnie i podchodzi do drugiej szklanej bańki. Chwilę miesza w niej ręką, żeby w końcu wyjąć karteczkę z imieniem mojego rywala:
- Finnick Odair - słyszę i nie wierzę własnym oczom. W tłumu wychodzi piękny chłopiec z mojej klasy. Ma złocistą skórę, duże zielone oczy i brązowe włosy. Wchodzi na podium i ściska moją rękę. Lauren zwraca się do tłumu i pyta:
- Są jacyś ochotnicy? - Nikt się nie zgłasza. Wszyscy są tak zszokowani wylosowaniem dwójki czternastolatków, ze nikt się nie ma siły nawet odetchnąć. Po chwili ktoś delikatnie popycha mnie do drzwi Pałacu Sprawiedliwości, gdzie pożegnam się z moimi bliskimi. Wchodzę do ładnego pokoju i siadam na aksamitnej sofie. Do pokoju wpada mój tata, siostra i brat. Wszyscy mnie tulą przez jakąś minutę, a potem zaczynają mówić, przez łzy, że mam wygrać i o tym, ze oni ani myślą patrzeć na moją śmierć. Uśmiecham się do nich i dziarsko zapewniam, że nieźle napsuję krwi innym trybutom. Wyprowadzają ich. Zostaję sama. Ktoś wyprowadza mnie z sali i prowadzi na peron. Mnóstwo tu kamer, ale ja zachowuję kamienną twarz. Kiwam głową Finnickowi i wsiadam do pociągu. Poznajemy tu naszą mentorkę. Ma na imię Mags, wiem że ma około siedemdziesięciu lat.
- No, no - mówi i uśmiecha się łagodnie - nie przejmujcie się. Na pewno będziecie mieli mnóstwo sponsorów! Świetnie, świetnie... - mruczy do siebie. Podróż pociągiem mija bardzo szybko, ja w tym czasie staram się jeść jak najwięcej, aby na arenie mieć więcej siły. Finnick i ja mało się widujemy, a jeszcze rzadziej rozmawiamy. Lauren cały czas mówi nam co będziemy robić w Kapitolu. Mało mnie to obchodzi.
W końcu nasza podróż dobiega końca. Wychodzimy na peron i udajemy się do stylistów, którzy będą nas przygotowywać do wszystkich publicznych wystąpień przed Igrzyskami. Gdy ekipa przygotowawcza kończy mnie obskubywać z najmniejszych włosków przychodzi mój stylista. Ma na imię Loky. Daje mi do ubrania suknię z wodorostów, owleczoną złotą siecią. We włosach mam muszle. Wyglądam na prawdę ładnie, jednak przy Finnicku i tak wypadnę słabo.
Staję przy jego boku na rydwanie, zaraz rozpocznie się ceremonia otwarcia. Uśmiecham się do niego, a on do mnie i mówi:
- No, no, no. Przy tobie i mnie cała reszta wypadnie co najmniej miernie.
- Z pewnością - odpowiadam i wchodzę na rydwan. Finnick staje koło mnie i bierze mnie za rękę. - Jak na razie jesteśmy drużyną skarbie - mruczy, a ja powstrzymuję się od wymiotowania. Rydwan rusza, a tłum rzuca nam kwiaty pod koła i w ręce. Już nas kochają.
Gdy schodzimy z rydwanu udajemy się na czwarte piętro Ośrodka Szkoleniowego, gdzie każdy z nas ma osobny wielki pokój. Większy od całego mojego domu. Przebieram się do kolacji i idę w kierunku jadalni.
- Witaj kochanie. - mówi Mags - Siadaj tutaj.
Przez kilkanaście minut jemy w ciszy, gdy w końcu Lauren odzywa się przymilnym głosem - Zapewne wiecie, że będziecie mieli teraz dwa dni szkoleń. Chcecie mieć je osobno, czy razem?
- Razem - odpowiadamy jednocześnie.
- Świetnie. Idźcie się teraz przespać.
- Dobranoc. - mówię.
- Dobranoc. - odpowiada Finnick uwodzicielskim głosem.
Gdy budzę się rano początkowo nie zdaję sobie sprawy z tego, gdzie jestem, a dopiero po chwili przypominam sobie, że to nie był tylko koszmar, że rzeczywiście wezmę udział w Igrzyskach. Wstaję, ubieram się i idę do jadalni. Po szybkim śniadaniu schodzimy do podziemi Ośrodka Szkoleniowego. Mags kazała nam nie zbliżać się do stanowisk z bronią, którą umiemy władać. Więc ani ja ani Finnick nie podchodzimy do trójzębów, a ja także do łuku, gdyż umiem się nim całkiem dobrze posługiwać. Postanawiamy przejść przez szkolenie razem, a więc idziemy uczyć się rozpalać ognisko, rozpoznawać rośliny i maskować. Ćwiczymy rzucanie nożem i walczenie mieczem. Zajmuje nam to dwa dni.
Trzeciego dnia mamy pokazać organizatorom Igrzysk co umiemy. Wchodzę na salę po Finnicku. Biorę trójząb i przebijam nim różne rzeczy,a także strzelam z łuku. Wieczorem dowiemy się ile punktów zdobyliśmy.
Gdy nadchodzi pora ogłaszania wyników, siadamy przed telewizorem. Można zdobyć Maksymalnie 12 punktów. Finnick zgarnia dziesiątkę i wszyscy mu serdecznie gratulują. Ja liczę na jakąś szóstkę, może siódemkę. Pojawiam się na ekranie z jedenastoma punktami. Nie wierzę własnemu szczęściu.
Rozdział drugi. Koszmar.
Jest dziewiąta rano, mój tata stoi nade mną i głaszcze mnie po twarzy. Za cztery godziny udamy się na plac w oczekiwaniu na wybór trybutów. Jak na razie jednak postanawiamy iść połowić troszkę ryb. Ubieram się w normalne rzeczy i w dwie minuty jestem przed domem. Chwytam wędkę i mały trójząb, który mój tata zrobił specjalnie dla mnie po czym idziemy w nasze ulubione miejsce. Trzy godziny mijają niesamowicie szybko. Nałowiliśmy blisko dwadzieścia ryb i zebraliśmy pełne wiadro małży. Jednak pora wracać do domu i szykować się na dożynki.
- Gdzie się podziewaliście tyle czasu?! - krzyczy Clarrise - Zostało pół godziny! Siadaj mi tu natychmiast!- warczy i popycha mnie na najbliżej stojące krzesło, po czym zaczyna czesać moje czarne jak węgiel włosy i zaplata jest w prosty warkocz, wciska mnie w starą sukienkę mojej mamy o zielonym, jak moje oczy kolorze i wkłada na nogi niebieskie pantofelki. - No, jakoś w końcu wyglądasz! - mówi i uśmiecha się. Ona nie jest ani trochę do mnie podobna. Ma wielkie brązowe oczy, blond włosy i jasną skórę. Tak samo mój brat. Oni są podobni do mamy, ja do taty. Tak bywa.
Czuję, że ktoś bierze mnie za rękę. To tata. Przestaję myśleć. Zżera mnie strach. Nie pamiętam jak znalazłam się wśród czternastolatków na placu, ktoś musiał mnie tu przyprowadzić. Wybija trzynasta, a burmistrz rozpoczyna swoją nudną przemowę. Zawsze jest taka sama. Mówi o historii Panem, buntach, o tym jak niszczono Trzynasty Dystrykt i o tym, że to przez Mroczne Dni mamy Igrzyska Głodowe. To bardzo nudne. Nigdy tego nie słucham. W Kapitolu, czyli stolicy Panem, Igrzyska są jak wydarzenie sportowe. Okropieństwo.
Po tym przemówieniu. Na scenę wychodzi Lauren Erdick. Jest to kobieta losująca trybutów z naszego dystryktu. Uśmiecha się do nas i mówi entuzjastycznie "Panie mają pierwszeństwo." po czym wkłada rękę do wielkiej szklanej bańki z imionami wszystkich dziewczynek naszego dystryktu. Ja mam jak na razie trzy wpisy, gdyż im starszy jesteś, tym więcej tych wpisów masz. Czasami rodziny są tak biedne, że dzieci muszą zgłaszać się po astragale (paczki z odrobiną żywności). Wtedy wpisów jest o wiele więcej. Lauren wyjmuje rękę z kuli i czyta imię i nazwisko nieszczęsnej dziewczynki.
- Fany Laimia. - To ja.
- Gdzie się podziewaliście tyle czasu?! - krzyczy Clarrise - Zostało pół godziny! Siadaj mi tu natychmiast!- warczy i popycha mnie na najbliżej stojące krzesło, po czym zaczyna czesać moje czarne jak węgiel włosy i zaplata jest w prosty warkocz, wciska mnie w starą sukienkę mojej mamy o zielonym, jak moje oczy kolorze i wkłada na nogi niebieskie pantofelki. - No, jakoś w końcu wyglądasz! - mówi i uśmiecha się. Ona nie jest ani trochę do mnie podobna. Ma wielkie brązowe oczy, blond włosy i jasną skórę. Tak samo mój brat. Oni są podobni do mamy, ja do taty. Tak bywa.
Czuję, że ktoś bierze mnie za rękę. To tata. Przestaję myśleć. Zżera mnie strach. Nie pamiętam jak znalazłam się wśród czternastolatków na placu, ktoś musiał mnie tu przyprowadzić. Wybija trzynasta, a burmistrz rozpoczyna swoją nudną przemowę. Zawsze jest taka sama. Mówi o historii Panem, buntach, o tym jak niszczono Trzynasty Dystrykt i o tym, że to przez Mroczne Dni mamy Igrzyska Głodowe. To bardzo nudne. Nigdy tego nie słucham. W Kapitolu, czyli stolicy Panem, Igrzyska są jak wydarzenie sportowe. Okropieństwo.
Po tym przemówieniu. Na scenę wychodzi Lauren Erdick. Jest to kobieta losująca trybutów z naszego dystryktu. Uśmiecha się do nas i mówi entuzjastycznie "Panie mają pierwszeństwo." po czym wkłada rękę do wielkiej szklanej bańki z imionami wszystkich dziewczynek naszego dystryktu. Ja mam jak na razie trzy wpisy, gdyż im starszy jesteś, tym więcej tych wpisów masz. Czasami rodziny są tak biedne, że dzieci muszą zgłaszać się po astragale (paczki z odrobiną żywności). Wtedy wpisów jest o wiele więcej. Lauren wyjmuje rękę z kuli i czyta imię i nazwisko nieszczęsnej dziewczynki.
- Fany Laimia. - To ja.
Rozdział pierwszy. Wstęp.
Mam na imię Fany. Mam dopiero 14 lat i mieszkam w Czwartym Dystrykcie w państwie Panem, które powstało na gruzach Ameryki Północnej.
Co roku dwójka dzieci z każdego dystryktu (których jest dwanaście) musi iść na Igrzyska Głodowe, po których przeżywa tylko jedno z dwudziestu czterech uczestników ( dwanaście dziewczynek i dwanaście chłopców) w przedziale od 12 do 18 lat. Jest to forma kary stosowanej przez Kapitol wobec dystryktów, które niegdyś się przeciwko niemu zbuntowały.
Mam ojca i dwójkę starszego rodzeństwa, siostrę Clarriss, która ma 16 lat i brata Hamona, który ma z kolei lat 19. Moja mama nie żyje. Umarła przy moim porodzie. Jednak dzięki surowemu wychowaniu ojca dosyć dobrze znoszę głód, który jest powszechny w całym dystrykcie. Na szczęście mój ojciec już jako mały chłopiec nauczył się władać trójzębem oraz łowić ryby na mnóstwo sposobów i dzięki temu teraz (mimo, iż to zabronione) chodzi nad ocean i łowi nam ryby. Ja również to robię, ale mój brat i siostra nie. Bardzo boją się, ze ktoś nas złapie i zazwyczaj są gdzieś w pobliżu, żeby w porę poinformować nas o nadchodzących Strażnikach Pokoju, którzy penetrują całe wybrzeże.
Teraz jest druga w nocy, a ja nie mogę zasnąć. Jutro są dożynki. Wszyscy z całej Czwórki zbiorą się na placu przed Pałacem Sprawiedliwości, a nadmiernie rozentuzjazmowana kobieta wyciągnie z wielkich szklanych kul jedno imię dziewczynki i jedno imię chłopca, który będzie musiał iść na niemalże pewną śmierć. Jednak po chwili rozmyślania o wszystkich okropnościach łączących się z następnym dniem postanawiam zasnąć, nawet gdyby była to ostatnio noc w moim domu.
Co roku dwójka dzieci z każdego dystryktu (których jest dwanaście) musi iść na Igrzyska Głodowe, po których przeżywa tylko jedno z dwudziestu czterech uczestników ( dwanaście dziewczynek i dwanaście chłopców) w przedziale od 12 do 18 lat. Jest to forma kary stosowanej przez Kapitol wobec dystryktów, które niegdyś się przeciwko niemu zbuntowały.
Mam ojca i dwójkę starszego rodzeństwa, siostrę Clarriss, która ma 16 lat i brata Hamona, który ma z kolei lat 19. Moja mama nie żyje. Umarła przy moim porodzie. Jednak dzięki surowemu wychowaniu ojca dosyć dobrze znoszę głód, który jest powszechny w całym dystrykcie. Na szczęście mój ojciec już jako mały chłopiec nauczył się władać trójzębem oraz łowić ryby na mnóstwo sposobów i dzięki temu teraz (mimo, iż to zabronione) chodzi nad ocean i łowi nam ryby. Ja również to robię, ale mój brat i siostra nie. Bardzo boją się, ze ktoś nas złapie i zazwyczaj są gdzieś w pobliżu, żeby w porę poinformować nas o nadchodzących Strażnikach Pokoju, którzy penetrują całe wybrzeże.
Teraz jest druga w nocy, a ja nie mogę zasnąć. Jutro są dożynki. Wszyscy z całej Czwórki zbiorą się na placu przed Pałacem Sprawiedliwości, a nadmiernie rozentuzjazmowana kobieta wyciągnie z wielkich szklanych kul jedno imię dziewczynki i jedno imię chłopca, który będzie musiał iść na niemalże pewną śmierć. Jednak po chwili rozmyślania o wszystkich okropnościach łączących się z następnym dniem postanawiam zasnąć, nawet gdyby była to ostatnio noc w moim domu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)