niedziela, 16 marca 2014

Rozdział Szesnasty. The end.

 Mam nadzieję, że ten rozdział się wam spodoba :) Niestety, to już ostatni rozdział tego bloga, ale już jutro ukaże się nowy blog tym razem o tematyce czarodziei :) Napiszę tutaj, na tym blogu notkę z linkiem :) 
Miłego czytania! 
~ Pomyluna Everdeen 

(włącz The Medalion Cats) 
     Szkoda, że nie spadliśmy. Na tym małym statku już czekali na nas pozostali przy życiu zawodowcy i oby dwójka z Trójki. Reaguję natychmiast. Chwytam Nany i Isabelle i pcham ich ku burcie. Mały natychmiast wraca do łódki, ale dziewczyna nie chce drgnąć. Patrzy prosto w czy dziewczynie z Trójki, a ta odcina jej głowę mieczem. Przerażona przeskakuję przez burtę i kilka chwil później jesteśmy już parędziesiąt metrów od stateczku. Spoglądam na chłopca. Jest spokojny, opanowany, ale wiem, że bardzo szkoda mu dziewczynki. Ja nie wytrzymuję i wybucham płaczem. Delikatnie przysuwa się do mnie i obejmuje ramieniem.
- Spokojnie. I tak pewnie by zginęła. - szepcze chłopiec i ociera mi łzy swoją koszulą. - Zawodowcy jadą na inny statek. Coś się tam dzieje. - dodaje ożywionym głosem. Unoszę głowę i patrzę w kierunku wskazanym przez Nany. Faktycznie. Kilka osób walczy. Chyba mieczami, a zawodowcy właśnie dopływają do burty i wchodzą po linach.
- Płyniemy tam. - postanawiam i dwie minuty później wpadamy na pokład statku. Wszędzie jest krew. Rozglądam się zdezorientowana i nagle na podłodze zauważam Antony'ego. Nie rusza się. Nie oddycha. W jego piersi widać dziurę po mieczu. Odwracam się i rzucam do wody. Zaczynam tłuc na oślep rękami wodę posuwając się cały czas do przodu. Nic nie widzę, nic nie słyszę. Nagle moja dłoń natrafia na coś twardego i sypkiego. Piasek. Uspokajam się nieco. Ból fizyczny powbijanego w moją dłoń pisaku nieco ustabilizowała moje szaleństwo. Jednak na dłuższa metę to się nie sprawdza, więc siadam na mieliźnie i płuczę rękę w wodzie. Wstaję i wchodzę na plażę. Antony nie żyje. Nie żyje. Nie ma go. Tylko te myśli kołaczą mi się w głowie. Oglądam się wokół siebie, ale stale przed oczami mam ten obraz. Rude włosy, brązowe oczy, oliwkowa skóra. Wszystko we krwi. Wstaję i chwiejnym krokiem wchodzę między drzewa. Wyszukuję jakąś jamę i układam się tam. Mogę umrzeć nic się już nie liczy. Zamykam oczy i zasypiam cały czas przed oczami mając krwawą masę na ziemi.
(włącz The Hanging Tree) 
     Budzi mnie brak powietrza w płucach i wilgoć na całej długości ciała. Mimowolnie odbijam się od dna i płynę ku powierzchni. Co się stało? W okół mnie widać tylko wodę. Nie przeszkadza mi to. Nic mi nie przeszkadza. Liczy się tylko to, że Antony nie żyje. Nagle jakieś dziwne, metalowe szczypce chwytają mnie za talię, a ja mdleję. Gdy się budzę widzę biały pokój. Po poprzednich Igrzyskach spędziłam tu tyle czasu. Szpital w Kapitolu. Ale Antony. Miał przeżyć, nie ja. Tylko o tym mogę myśleć. Nic mnie nie obchodzi. Do pokoju wchodzi Finnick i coś do mnie mówi. Nic mnie to nie obchodzi. Staram się od niego odgonić jak od muchy. Z muchą byłoby łatwiej.
- Co z  nią? - dobiegają mnie słowa Odaira. Jak to co ze mną? Niepotrzebnie przeżyłam.
- Oszalała. Jest chora psychicznie. Chyba do końca życia nie wyzdrowieje. - odpowiada jakiś niski, zmartwiony głos.
- Ale... można coś z tym zrobić? - pyta znowu Finnick. Po co coś robić? Ja nie chce zdrowieć. Nie chce.
- Postaramy się. - odpowiada głos. Jak mi się wydaje lekarza. Po co się starać? Ja nie chcę. Ja chce umrzeć. Chcę do Antony'ego.
- Odejdź. - szepczę. - Antony umarł.
- Kocham Cię. - mówi Finnick i wyprowadzają go z pokoju, a ja zamykam oczy. Widok Antony'ego nieco osłabł, ale teraz wraca ze zdwojoną siłą. Nic nie będzie takie jak dawniej. Po tej rozmowie już nic nie pamiętam. Zamknęłam się w sobie. Podobno dopiero po kilku latach terapii zaczęłam dochodzić do siebie. Następne co zarejestrowałam to jakieś wybuchy i poduszkowiec. Więzienie w Kapitolu. Potem był pobyt w Trzynastce. Ślub z Finnickiem. Duży tort. Niebieski. Peeta. Śmierć Finnicka. Nie chcę tego opisywać. Jak się zdaje moja sąsiadka Katniss to zrobiła i to ze szczegółami. Teraz siedzę w moim salonie. Jego ściany są podobno jak mój tort ślubny. Mały chłopczyk, taki podobny do mojego zmarłego męża wyszarpuje mi kartkę z dłoni. Chce iść się bawić, a ja nie mam sumienia mu więcej odmawiać. Kończę tą książkę. Więcej nic nie napiszę.
- Annie Cresta.







                                                   ****************************
Cóż. Mam nadzieję, że chodź ostatni, był nadal dosyć ciekawy :) Przepraszam, z atak szybkie zakończenie :c Mam nadzieję, że mój nowy blog zainteresuje was jeszcze bardziej, niż ten. Dziękuję za ponad 3500 wyświetleń. Następny blog będzie dłuższy i fajniejszy jak sądzę :D Do zobaczenia!

~ Pomyluna Everdeen 

5 komentarzy:

  1. Cudny blog czekam na następny

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerze mówiąc to jak przeczytałam tytuł rozdziału to myślałam, że ona umrze XD Ale jednak nie. Szkoda, że już nie będziesz tutaj pisała :C Ale z niecierpliwością czekam na twojego kolejnego, czarodziejskiego bloga, który (mam nadzieję) pojawi się wkrótce.
    Pozdrawiam,
    Nieoficjalna :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie sądziłam, że tak szybko skończysz, ale i tak mi się podobało. :))
    I czekam na nowego bloga <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Możesz dodać tu link na nowego bloga,jak już powstanie? :)
    PS: Zna ktoś może jakieś ciekawe blogi o IŚ lub HP??

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumna, bo cholera poryczałam się jak głupia na tej końcówce, moje serce pęka, i to cholernie, będziesz zbierać te połamane kawałki później z podłogi.
    Naprawdę podoba mi się to zakończenie. Perfekcyjna historia. Gratuluję zniszczenia mojej psychiki.
    Pozdrawiam,
    Faith.

    trybuci-dystryktu-czwartego.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń