środa, 19 marca 2014

NOWY BLOG :D

Zapraszam na mojego nowego bloga! :D Tym razem związanego z Harrym Potterem :D

http://welcomeinhogwart.blogspot.com/2014/03/tom-i-rozdzia-pierwszy-urodziny.html - LINK :D

Miłego czytania :D

~ Pomyluna Everdeen

niedziela, 16 marca 2014

Rozdział Szesnasty. The end.

 Mam nadzieję, że ten rozdział się wam spodoba :) Niestety, to już ostatni rozdział tego bloga, ale już jutro ukaże się nowy blog tym razem o tematyce czarodziei :) Napiszę tutaj, na tym blogu notkę z linkiem :) 
Miłego czytania! 
~ Pomyluna Everdeen 

(włącz The Medalion Cats) 
     Szkoda, że nie spadliśmy. Na tym małym statku już czekali na nas pozostali przy życiu zawodowcy i oby dwójka z Trójki. Reaguję natychmiast. Chwytam Nany i Isabelle i pcham ich ku burcie. Mały natychmiast wraca do łódki, ale dziewczyna nie chce drgnąć. Patrzy prosto w czy dziewczynie z Trójki, a ta odcina jej głowę mieczem. Przerażona przeskakuję przez burtę i kilka chwil później jesteśmy już parędziesiąt metrów od stateczku. Spoglądam na chłopca. Jest spokojny, opanowany, ale wiem, że bardzo szkoda mu dziewczynki. Ja nie wytrzymuję i wybucham płaczem. Delikatnie przysuwa się do mnie i obejmuje ramieniem.
- Spokojnie. I tak pewnie by zginęła. - szepcze chłopiec i ociera mi łzy swoją koszulą. - Zawodowcy jadą na inny statek. Coś się tam dzieje. - dodaje ożywionym głosem. Unoszę głowę i patrzę w kierunku wskazanym przez Nany. Faktycznie. Kilka osób walczy. Chyba mieczami, a zawodowcy właśnie dopływają do burty i wchodzą po linach.
- Płyniemy tam. - postanawiam i dwie minuty później wpadamy na pokład statku. Wszędzie jest krew. Rozglądam się zdezorientowana i nagle na podłodze zauważam Antony'ego. Nie rusza się. Nie oddycha. W jego piersi widać dziurę po mieczu. Odwracam się i rzucam do wody. Zaczynam tłuc na oślep rękami wodę posuwając się cały czas do przodu. Nic nie widzę, nic nie słyszę. Nagle moja dłoń natrafia na coś twardego i sypkiego. Piasek. Uspokajam się nieco. Ból fizyczny powbijanego w moją dłoń pisaku nieco ustabilizowała moje szaleństwo. Jednak na dłuższa metę to się nie sprawdza, więc siadam na mieliźnie i płuczę rękę w wodzie. Wstaję i wchodzę na plażę. Antony nie żyje. Nie żyje. Nie ma go. Tylko te myśli kołaczą mi się w głowie. Oglądam się wokół siebie, ale stale przed oczami mam ten obraz. Rude włosy, brązowe oczy, oliwkowa skóra. Wszystko we krwi. Wstaję i chwiejnym krokiem wchodzę między drzewa. Wyszukuję jakąś jamę i układam się tam. Mogę umrzeć nic się już nie liczy. Zamykam oczy i zasypiam cały czas przed oczami mając krwawą masę na ziemi.
(włącz The Hanging Tree) 
     Budzi mnie brak powietrza w płucach i wilgoć na całej długości ciała. Mimowolnie odbijam się od dna i płynę ku powierzchni. Co się stało? W okół mnie widać tylko wodę. Nie przeszkadza mi to. Nic mi nie przeszkadza. Liczy się tylko to, że Antony nie żyje. Nagle jakieś dziwne, metalowe szczypce chwytają mnie za talię, a ja mdleję. Gdy się budzę widzę biały pokój. Po poprzednich Igrzyskach spędziłam tu tyle czasu. Szpital w Kapitolu. Ale Antony. Miał przeżyć, nie ja. Tylko o tym mogę myśleć. Nic mnie nie obchodzi. Do pokoju wchodzi Finnick i coś do mnie mówi. Nic mnie to nie obchodzi. Staram się od niego odgonić jak od muchy. Z muchą byłoby łatwiej.
- Co z  nią? - dobiegają mnie słowa Odaira. Jak to co ze mną? Niepotrzebnie przeżyłam.
- Oszalała. Jest chora psychicznie. Chyba do końca życia nie wyzdrowieje. - odpowiada jakiś niski, zmartwiony głos.
- Ale... można coś z tym zrobić? - pyta znowu Finnick. Po co coś robić? Ja nie chce zdrowieć. Nie chce.
- Postaramy się. - odpowiada głos. Jak mi się wydaje lekarza. Po co się starać? Ja nie chcę. Ja chce umrzeć. Chcę do Antony'ego.
- Odejdź. - szepczę. - Antony umarł.
- Kocham Cię. - mówi Finnick i wyprowadzają go z pokoju, a ja zamykam oczy. Widok Antony'ego nieco osłabł, ale teraz wraca ze zdwojoną siłą. Nic nie będzie takie jak dawniej. Po tej rozmowie już nic nie pamiętam. Zamknęłam się w sobie. Podobno dopiero po kilku latach terapii zaczęłam dochodzić do siebie. Następne co zarejestrowałam to jakieś wybuchy i poduszkowiec. Więzienie w Kapitolu. Potem był pobyt w Trzynastce. Ślub z Finnickiem. Duży tort. Niebieski. Peeta. Śmierć Finnicka. Nie chcę tego opisywać. Jak się zdaje moja sąsiadka Katniss to zrobiła i to ze szczegółami. Teraz siedzę w moim salonie. Jego ściany są podobno jak mój tort ślubny. Mały chłopczyk, taki podobny do mojego zmarłego męża wyszarpuje mi kartkę z dłoni. Chce iść się bawić, a ja nie mam sumienia mu więcej odmawiać. Kończę tą książkę. Więcej nic nie napiszę.
- Annie Cresta.







                                                   ****************************
Cóż. Mam nadzieję, że chodź ostatni, był nadal dosyć ciekawy :) Przepraszam, z atak szybkie zakończenie :c Mam nadzieję, że mój nowy blog zainteresuje was jeszcze bardziej, niż ten. Dziękuję za ponad 3500 wyświetleń. Następny blog będzie dłuższy i fajniejszy jak sądzę :D Do zobaczenia!

~ Pomyluna Everdeen 

czwartek, 13 marca 2014

Rozdział Piętnasty. Na arenie.

      Mam nadzieję, że ten rozdział wam się spodoba, bo jak dla mnie jest dosyć ciekawy ;3 Nareszcie jest muzyka :D I to taaaka tematyczna :D ps. Lepiej nastawcie dosyć głośno, nie niektóre momenty są bardzo ciche. Jeżeli któryś z tych utworów nie pasuje wam do sytuacji możecie zawsze wybrać sobie inną melodię z mojej playlisty... W kolejnych rozdziałach będą powtarzać się te utwory, ale dodam też inne ;) Dedykuję ten rozdział wszystkim fanom Piratów z Karaibów :D 
 Miłego czytania.
~ Pomyluna Everdeen 

(włącz The Medalion Cats) 
         Patrzę na siebie w lustrze i nie wierzę własnym oczom. Bandana na głowie, biała, lekka koszula i wykonana z tego samego materiału kamizelka. Lniane, przewiązane pod kolanami spodnie i dziwne buty, w stylu kozaków sięgające kolan.
- Co to jest?! - pytam. Jestem zła. Co to ma znaczyć? W odpowiedzi Loky podaje mi mnóstwo paciorków, bransoletek i pierścieni. - Zrobili z nas... PIRATÓW?! - wrzeszczę. To co najmniej oburzające. Mój stylista łapie mnie za rękę i zaciąga do szklanego cylindra, który od razu się zamyka i zaczyna jechać do góry. W około mnie widać samą ciemność, ale ja czuję coś, czego żaden człowiek z poza mojego dystryktu nie mógłby wyczuć. Ocean. Oślepia mnie blask słońca odbijający się od gładkiej powierzchni wody. Gdy mój wzrok przyzwyczaja się do światła rozglądam się dookoła.
        Stoję na wielkiej platformie zrobionej z kilku beczek. Podejrzewam, że jeżeli ktoś zejdzie za wcześnie, to one po prostu wybuchną. Najbliższy trybut jest jakiś pięć metrów ode mnie, a i tak wszyscy jesteśmy w równym odstępie od Rogu Obfitości, który jest.... Zrobiony z żagla zawieszonego na 200 metrowym maszcie. Moja mina musi być bardzo głupia, gdyż dziewczyna z Piątki, będąca po mojej prawej zaczęła cicho się śmiać. Oglądam się na nią i również uśmiecham. Dopiero teraz dociera do mnie, że kobiecy głos odlicza sekundy, a zostało ich tylko dwadzieścia. Pośpiesznie ogarniam wzrokiem resztę areny. Jest to spora zatoka z kilkoma statkami różnej wielkości. Wszystkie są z drewna... starodawne... widziałam je kiedyś w takim filmie o piratach. Dziesięć sekund. Teraz staram się skoncentrować całą swoją uwagę na maszt. Są na nim liny, po których można się wspiąć, ale jeżeli ktoś ma lęk wysokości od razu odpada, albo zbyt delikatne dłonie to bardzo się porani... Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden...
( włącz The Black Perl)
         Zeskakuję z beczek i biegnę prosto na maszt. Łapię pierwszą linę i podciągam się do góry, kolejna.. już czuję krew na dłoniach. Pomagam sobie nogami. Dobiegłam tutaj pierwsza. Chwila odpoczynku. Patrzę w dół Kilkanaście metrów pode mną widzę Antony'ego i jeszcze paru innych chłopców, a także z dwie dziewczyny. Muszę być na wysokości około 150 metrów. Rzucam się do następnej liny i w przeciągu paru sekund staję na belce przy Rogu. Moje ręce krwawią niemiłosiernie, ale ja przejmuję się czym innym. Czy ja dam radę wejść do tego rogu? I jak potem zejdę. Spoglądam w dół. Zostawiłam swoich rywali daleko w tyle, a ich liczba zmalała. Pewnie paru spadło, albo ich zabito. Mam nadzieję, że ta blondynka z Piątki przeżyła. Obracam się i wchodzę do Rogu. Mam jakieś pięć minut do przybycia mojego przyjaciela. Wypatruję trójząb. A jakże, jest. Nawet dwa. Chwytam ten mniejszy i łapię dwa plecaki, dziwny, zakrzywiony, zapewne piracki miecz, a także łuk i kołczan, który zarzucam na plecy razem z plecakami. Łuk zakładam na ramię, a miecz wkładam do pochwy przy pasku od spodni, którą dopiero teraz zauważyłam. Z trójzębem nie mam co zrobić więc trzymając go w kurczowo zaciśniętej dłoni wychodzę chwiejnie z płóciennego Rogu. Antony jest kilka metrów pode mną, więc decyduję się wejść jeszcze wyżej na maszt. Gdy mój przyjaciel dociera do Rogu siedzę dwadzieścia metrów wyżej na linie i celuję w niego strzałą. Zauważa mnie, ale spokojnie wchodzi do Rogu. Niepokoję się. Siedzi tam zbyt długo. Obracam się w kierunku nadchodzących trybutów.. są tak blisko. Napinam cięciwę. Dziewczyna z Jedynki już zagląda do Rogu, a ja puszczam strzałę. Ginie od razu, a spadając zwala chłopaka z Dwójki. Pewnie oboje nie żyją. Czekam jakieś dwie minuty, ale reszta nie wchodzi. Pewnie się boją. Schodzę dziesięć metrów na dół i patrzę w Róg. Antony właśnie wychodzi, a ja jak najszybciej daję radę schodzę do niego i staję tuż przed jego twarzą.
- Co postanowiłeś? - pytam zdyszana.
- Mam sojusz. - odpowiada. - Jesteś w nim.
- O. Jak miło, że mi mówisz. - prycham ironicznie. - A z kim jeszcze mam przymierze, jeśli mogę wiedzieć?
- Dowiesz się w swoim czasie. - warczy mój przyjaciel i pokazuje głową maszt. - Panie przodem.
Na dół docieram w kilka minut i widok jaki się przed nami rozciąga poruszyłby każdego. Przynajmniej dwanaścioro dzieci leżących bez życia. W śród nich dwójka zawodowców, których zabiłam. Antony podchodzi do dziewczyny z Jedynki i wyjmuje z niej strzałę.
- Zabiłaś ją? - pyta cicho. - I jego? - dodaje kiwając ręką na chłopaka z Dwójki.
- Tak. - odpowiadam. - Bałam się... oni byli przy Rogu...
- Dosyć. Rozumiem. Uratowałaś mi życie, gratuluję. - szepcze jadowicie mój przyjaciel, a ja patrzę na niego zdziwiona. Zupełnie nie wiem o co mu chodzi. Spoglądam w jego wielkie, brązowe oczy i wyczytuję z nich jedno. Pokrzyżowałam mu plany.
- Mieliśmy być z nimi w sojuszu? Przecież to zawodowcy! - ryczę.
- Ciszej. My też jesteśmy zawodowcami.
- Może ty, ale ja nie! I nigdy nie będę! Idź szukać sobie tamtych, ale mnie do tego nie mieszaj! - wrzeszczę i biegnę do burty. Ktoś łapie mnie za kostkę. To dziewczyna z Piątki. Siedzi z jakimś małym, pewnie dwunastoletnim chłopcem za beczką. Natychmiast klękam koło nich.
(włącz He's a Pirate) 
- Mam na imię Annie, a wy? - pytam cicho. - Przepraszam, że nie znam waszych imion... nie miałam na to czasu.. -  zaczynam się tłumaczyć, ale dziewczyna przerywa mi ruchem ręki.
- Jestem Isabelle, a to Nany. - szepcze. - Jest z mojego dystryktu. Czy miałabyś... eee... coś przeciwko sojuszowi z nami? - dodaje zakłopotana.
- Nie. - odpowiadam z uśmiechem. - Musimy coś zrobić... gdzieś się ukryć, zdobyć jakieś jedzenie.
- Obserwowaliśmy tych trybutów, którzy jeszcze nie zginęli. Jeden statek nie jest zajęty. Ten najbliżej lądu. - mówi chłopiec, a ja patrzę w kierunku pokazywanym przez niego małą rączką. Widzę chyba najmniejszy statek, z tych które tutaj są, a jest ich z pięć i najdalej od tego, na którym jesteśmy. To źle. Jak my się tam dostaniemy? Na twarzy musiały się odbić moje obawy, gdyż Nany delikatnie ciągnie mnie za rękaw i wskazuje na szalupę. Kiwam głową i wskakuję do łódki, po czym pomagam wejść do niej moim sojusznikom. Odcinam linę i sekundę później lądujemy na morzu. Chyba nikt nie ma broni, tylko ja i Antony. Zresztą... te dzieciaki nie wyglądają na takich, co by potrafili choćby rzucać nożem. Chwytam za wiosła i zaczynamy płynąć. Idzie nam to bardzo szybko, zwłaszcza, że ja często wiosłuje w moim dystrykcie. Po pół godziny wspinamy się po burcie naszego statku. Jednak to, co tam widzimy sprawia, że o mało co nie spadamy z powrotem na dół....

piątek, 7 marca 2014

Rozdział Czternasty. 66 Igrzyska Głodowe czas zacząć.

Nie lubię opisywać wydarzeń przed Igrzyskami, więc starałam sie je trochę skrócić :3 Następny rozdział będzie dużo ciekawszy ;) Buźka.
~ Pomyluna Everdeen

   - Chodź, już czas. - mówię cicho do siedzącej na kanapie siostry, a ona delikatnie podnosi się na nogi i chwyta mnie za rękę. Czuję jak jej ciało drży niekontrolowanymi ruchami. Bardzo obawia się o dziecko i o to, że ją wylosują. Ja też mam się czym martwić. Bo co będzie jak jeszcze raz pojadę na arenę? Bez Finnicka nie dam rady.
Rozglądam się dookoła. Jesteśmy już przy placu. Całuję Clarriss na pożegnanie i idę do sektora dla piętnastolatków. Niedługo mam urodziny. Widzę moją siostrę i Antony'ego między osiemnastolatkami. Finnick wychodzi na scenę wśród wiwatów tłumu. Burmistrz przemawia tak jak zawsze. Nie słucham tego. Wyłączam się. Zaczynam uważać dopiero kiedy Lauren podchodzi do szklanej kuli i mówi śpiewnym głosem:
- Wesołych Głodowych Igrzysk i niech los zawsze wam sprzyja. Panie jak zwykle mają pierwszeństwo. - sięga po jedną z tysiąca karteczek. Zamykam oczy.
-Clarrissa Laimia. - pada wśród zupełnej ciszy. Nikt nie zgłasza się za nią. Nikt nie może wydobyć z siebie głosu.
- Eeee. Chodź tu kochana. - mówi cicho Lauren. Otwieram oczy. Widzę moją siostrę kroczącą przez tłum i Antony'ego nie płacze, ale wiem, że ledwo się przed tym powstrzymuje. Chciałabym go pocieszyć, ale na to jest tylko jeden sposób. Otwieram usta i słyszę czyjś głos.
- Zgłaszam się na trybuta. - nie wiem o co chodzi. Patrzę na osoby wokół mnie. Czemu oni się rozstępują? Stoję tak chwilę, aż uprzytamniam sobie co się stało. To był mój głos. Ruszam na podium. Nie patrzę na moją ciężarną siostrę. Nie słyszę co się dzieje. Przed moimi oczami ukazują się ciemne plamy. Ostatnią rzecz jaką zarejestrowałam przed omdleniem to płomienisto rude włosy i wielkie brązowe oczy przy mojej twarzy.
                                                                           
                                                                            ***

- Popatrzcie! Chyba się budzi. - słyszę kobiecy głos. W pierwszej chwili wcale go nie poznaję. Siadam i stwierdzam, że jadę pociągiem. Ogarnia mnie przerażenie. Wbijam paznokcie w ramiona. Chcę się obudzić. To nie może być prawda, ale skoro nie... to czemu tu jest Lauren?
- Puść! Oszalałaś?! - ten głos rozpoznam wszędzie. Finnick.
- Kto jest drugim trybutem. No kto?! - krzyczę.Już pamiętam co się stało. Po mojej rozpalonej twarzy spływają łzy.
- Antony. - te słowa uderzają mnie jak piorun. Jak to możliwe? Miałabym zabić swojego najlepszego przyjaciela? Męża mojej siostry? Ojca jej dziecka? Zaraz... Clarrissa....
- Finnick.. co stało się z ... - pytam cicho, a słowa grzęzną mi w gardle. Boję się odpowiedzi.
- Nic jej się nie stało. Dziecku też - odpowiada mój ukochany cicho, a ja oddycham z ulgą. Mój przyjaciel musi przeżyć. Zrobię wszystko aby tak było. Wstaję i idę wziąć prysznic. Ubieram się byle jak i zaczesuję włosy w długi warkocz sięgający aż mi końca pleców. W tej samej chwili staje się pociąg. Wysiadam z niego i biegnę jak najszybciej przez peron. Zatrzymuję się dopiero w swoim pokoju. Pojęcia nie mam jak tu dotarłam. Wygląda tak samo jak poprzednio. Rozglądam się i rzucam na łóżko. Znowu ten koszmar ma zacząć się od nowa. Tym razem jednak nawet nie chcę przeżyć. Muszę utrzymać przy życiu Antony'ego.
  Widocznie rozmyślając nad moją beznadziejną sytuacja zasnęłam, gdyż budzę się już rano i to w ubraniu. Wstaję i patrzę na zegarek. Jest szósta. Idę pod prysznic. Ubieram się w zieloną bluzkę i czerwone spodnie, po czym idę na śniadanie. Ku mojemu zaskoczeniu Antony już tam jest.
- Cześć mała. - mówi i uśmiecha się delikatnie.
- Cześć. - odpowiadam niewyraźnie i siadam na drugim końcu stało. Chcę być jak najdalej od niego.
- Coś się stało?
- Nic.
 Reszta śniadania mija w ciszy. Kiedy kończymy jeść, burczę coś o pójściu na trening.
- Właściwie, gdzie jest Finnick? - pyta Antony.
- Pewnie jeszcze śpi. Jest dopiero ósma. - odpowiadam lekceważąco i kieruję się w stronę windy, a mój przyjaciel biegnie za mną. Wpychamy się do niej i zjeżdżamy na dół. Słuchamy przemowy jakiejś pani, która mówi nam o tym co tutaj znajdziemy i czego możemy się nauczyć. Oczywiście jej nie słucham. Już raz tu byłam. Tym razem nie obieram żadnej taktyki. Chodzę po wszystkich stanowiskach omijając tylko i wyłącznie trójząb.
  Tak mijają trzy dni treningów. Dużo jem, mało się odzywam. Większość czasu spędzam w swoim pokoju leżąc na łóżku. Czasami przychodzi do mnie Finnick, a czasami Antony. Wszystko jest takie same. Jakbym ugrzęzła we wspomnieniu. Nie. Teraz jest gorzej. Nie mam nawet ambicji, żeby przeżyć. Gdy nadchodzi dzień pokazu przed sponsorami robię dokładnie to samo co rok temu i o dziwo znowu dostaję 11 punktów. Antony zresztą też. To wszystko jest bez sensu.

                                                                         ***

  - Przed wami... Annie Cresta z Dystryktu Czwartego! - krzyczy Ceasar Flickerman, więc ruszam przez scenę w burzy oklasków. Siadam na wygodnym fotelu, a na twarzy mam sztuczny uśmiech. - Ślicznie dziś wyglądasz! - dodaje prowadzący, a ja w pełni się z nim zgadzam. Mam piękną niebieską sukienkę sięgającą kostek i zielone buty na wysokim obcasie.
- A ty jak zawsze. - odpowiadam, widownia ryczy ze śmiechu.
- Podobna to ty jesteś do twojej kuzynki, nie ma co... - mówi Flickerman ze śmiechem.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - znowu ryk na widowni.
- Pomówmy o czymś poważniejszym. - niemalże szepcze Ceasar, a ludzie milkną. - Zgłosiłaś się za ciężarną... kuzynkę. Tak? Dobrze mówię? - kiwam głową. - Dlaczego to zrobiłaś?
- Jak mogłabym patrzeć na to jak ją mordują z dzieckiem w brzuchu? To by było chore. Kocham ją.. jak siostrę, matkę i kuzynkę w jednym.  - odpowiadam ze łzami w oczach. Prowadzący łapie mnie delikatnie za dłoń.
- Rozumiem. - mówi. - Przepraszam, to na pewno trudny temat. Jak Finnick sprawdza się w roli mentora?
- Świetnie. - odpowiadam cicho. - Fany na pewno by się ucieszyła... widząc jak świetnie sobie radzi. Jestem szczęściarą, że nie z nim wylądowałam na arenie. - dodaję.
- A jednak! Trafiłaś ze swoim najlepszym przyjacielem, czyż nie?
- Owszem - to jedno słowo ledwo przechodzi mi przez gardło. - Tak wyszło. - w tym samym momencie rozlega się brzęczyk kończący rozmowę. Widownia wstaje i klaszcze. Niektórzy wciąż jeszcze płaczą, niektórzy ocierają łzy z policzków. Naprawdę się przejęli. Schodzę z estrady i uciekam do windy. Nie chcę słuchać rozmowy Antony'ego. Zapewne wspomną coś o mojej siostrze, a nie chcę tego słuchać. Wpadam do pokoju, zmywam makijaż i kładę się się spać. Gdy tylko zgaszam światło ktoś uchyla drzwi do mojego pokoju i wślizguje się bezszelestnie. To Finnick.
- Wszystko w porządku? - pyta cicho.
- Odkąd tu wszedłeś, w jak najlepszym - odpowiadam, przytulam się do ukochanego i zasypiam.

***

- Kochanie, wstawaj na śniadanie. - słyszę cichy głos. 
- Odwal się Odair. - warczę, ale otwieram oczy. Wstaję i patrzę na siebie, jestem naga. Przez chwilę nie wiem co się stało, ale powoli przypominam sobie zdarzenia ostatniej nocy... Źrenice rozszerzają mi się ze strachu. Biegnę do łazienki i wskakuję pod prysznic. Finnick pewnie pukał, ale nie otworzyłam. Nie mam zamiaru z nim o tym rozmawiać. Wychodzę, ubieram się i idę na śniadanie. Niemalże wpadam, na idącego koło moich drzwi Antony'ego. 
- Wszystko w porządku? - pyta i patrzy mi w oczy. Wszystko z nich wyczytuje bo unosi brwi do góry i bez słowa idzie do jadalni, a ja za nim. Śniadanie też przebiega w milczeniu. Gdy wstajemy idziemy od razu do windy i jedziemy na sam dach, gdzie zabiera nas poduszkowiec, a kobieta z igłą wstrzykuje nam lokalizator. Po około godzinie jazdy docieramy na miejsce. Wchodzę do mojego pokoju przygotowawczego, a Loky ubiera mnie w kostium, który mam nosić na arenie. Gdy spoglądam na siebie w lustrze nie mogę uwierzyć własnym oczom. Co to ma niby być?!

poniedziałek, 3 marca 2014

Rozdział Trzynasty. Oczekiwanie na Igrzyska.

  Ten rozdział dedykuję Kornelii. Znowu nie ma muzyki i za to serdecznie przepraszam, ale nie mam możliwości dodanie jej :c Jak brat naprawi mi zasilacz do komputera to na pewno będzie <3
 Miłego czytania!
~ Pomyluna Evereedn 


   No tak. Wracamy do naszego dystryktu. To oczywiście świetna wiadomość, bo bardzo stęskniłam się za moją rodziną. Niestety zdaję sobie sprawę z tego, że już za kilka miesięcy odbędą się kolejne Igrzyska i będę musiała rozstać się z Finnickiem, o którego coraz bardziej się martwię. Na razie jednak nie dane jest mi o tym myśleć, gdyż nasz pociąg ze zgrzytem zatrzymuje się na peronie w Czwórce. Tak jak ostatnio oblega nas wielkie koło ludzi cieszących się z naszego przyjazdu. Tym razem jednak zamiast iść do rodzinnego domu muszę najpierw udać się do Pałacu Sprawiedliwości na jakąś kolację. Mija mi bardzo szybko. To dobrze. Po około trzech godzinach pozwalają nam iść nareszcie do domu.

***

- Patrzcie! Jest nareszcie! Kochanie! - słyszę delikatny, tak dobrze znajomy mi głos i zostaję opleciona burzą blond włosów. 
- Cześć Clarriss. - odpowiadam. Ledwo daję radę oddychać przez te jej kłaki. Puszcza mnie dopiero po kilku minutach, ale zanim zdołam nabrać powietrza już tuli mnie mój tata i brat. Na samym końcu padam w ramiona Antony'ego.
- Tęskniłem za tobą mała. - słyszę szept, a ciepło rozlewa mi się po całym ciele jakby ktoś oblał mnie od stóp do głów ciepłą wodą. 
- Ja też tęskniłam. - odpowiadam i odsuwam się od mojego przyjaciela.- Zechcecie pokazać mi swój dom? Skończyliście go beze mnie, prawda? - pytam, a wszyscy wybuchają śmiechem. 
- Oczywiście kochanie. Chodź. - mówi Clarriss i bierze mnie za rękę. Za drugą chwyta Antony i ruszamy razem przez kamienistą ścieżkę. 
  Dom mojej siostry stoi tuż koło mojego, prawie na plaży. Jest bardzo ładny. Cały biały, a w ścianach widać zatopione małe i większe muszelki. W ogrodzie otoczonym niskim, drewnianym płotkiem rośnie zdrowa, zielona i pachnąca trawa, na drzewach rosną cytrusowe owoce, a gdzie nie spojrzeć widać małe kwietniki z białymi i błękitnymi kwiatkami otoczone kamieniami i muszlami. Wszystko to wygląda zachwycająco, szczególnie, że dopiero zaczęła się wiosna i stopniały śniegi, a oko spragnione jest soczystych, przepełnionych życiem kolorów, roślin i zwierząt. Do samego wejścia prowadzi drużka uklepana z morskiego pisaku otoczona wyrzuconymi na brzeg zaschniętymi rozgwiazdami. Antony podchodzi do ledwo rozwiniętego kwiatu białej róży, odcina go małym nożykiem i wręcza go mnie. Wącham delikatnie roślinę. Pachnie bardzo delikatnie i przyjemnie. Jednak gdy przekraczam próg domu ogród traci swój blask i niezwykłość. Cały salon jest pomalowany na biało z gdzieniegdzie jakąś plamą zieleni, czy błękitu, jakby ktoś rzucał balonami z farbą w ścianę. Oczywiście tak właśnie było, dodatkowo, to był mój pomysł. Wszystkie meble są wykonane z drewna. Stół na sześć osób, robiony ręcznie przez mojego tatę, krzesła, które służyły za siedzenia w dniu ślubu siostry, mała, dwuosobowa kanapa na której spoczywa futro z jakiegoś zwierzęcia, a także duża, pomalowana na cielisty kolor komoda. Na wielkich oknach, z widokiem na morze wiszą delikatne firanki. To wręcz przecudowne, aż zapiera mi dech w piersiach. Tak bardzo przypomina mi to mamę. Gdy napawam się tym widokiem do syta, wędruję do kuchni. Ściany tutaj pomalowane są na delikatnie brązowy kolor, a meble są ciemne i błyszczące. Nie mam czasu przyglądać sięo im bliżej, więc idę do łazienki. Tutaj ściany również są białe, podobnie jak wszystkie sprzęty, a podłoga wyłożona jest kafelkami, najpewniej z oszlifowanych kamieni pokrytych masą perłową. Wchodzę po schodach. Tutaj znajdują się tylko dwa pokoiki. Jeden to sypialnia gospodarzy. Tutaj ściany mają jasno niebieski kolor, a meble są białe. Wszystko jest czyste, może nawet nazbyt. Onieśmielona tym pokojem wychodzę z niego i kieruję się w kierunku drugiego, jeszcze mniejszego. To co tam widzę kompletnie mnie zaskakuje. Na podłodze jest miękki, puszysty dywan, a na nim stoi kołyska. Dookoła znajdują się różne szafeczki. Najprawdopodobniej są w nich rzeczy i zabawki dla dziecka. Odwracam się i patrzę mojej siostrze głęboko w oczy.
- Zaraz ci wyjaśnię. - mówi cicho. - Ale najpierw zobacz strych. - kiwam głową. Nie da się ukryć, że jestem wściekła. Wbiegam po drabinie do maleńkiego pomieszczenia. Światło wpada tutaj przez gigantyczne okna, które właściwie tworzą obie ściany. Łóżko stoi po środku. Jest przykryte zwiewną, delikatną tkaniną, przypominającą płynną wodę. Rzucam się na nie ze zmęczenia i ku mojemu zdziwieniu łóżko ugina się pode mną i uniosi w górę. 
- Co to do... - wykrztuszam i spadam na dywan. 
- To jest łóżko wodne. - mówi Antony cicho. Na dworze zrobiło się już ciemno, a przez dach widać było migoczące gwiazdy. Usiadłam, więc wygodnie i patrzę. Jednak po kilku minutach przypominam sobie o ważniejszej sprawie. 
- Będziecie mieć dziecko? - moje słowa zabrzmiały bardzo oschle i groźnie.
- Tak. - odpowiada Clarrissa, w oczach ma łzy. - Ja... nie chciałam, żebyś tak się o tym dowiedziała. Nie chciałam...
- Już dobrze. - przerywam jej już łagodniejszym tonem i ciągnę młodą parę do mnie na łózko. - Wszystko będzie super. 

***

- Wstawaj! Dzisiaj dożynki. - słyszę głos mojego taty.
- To już dzisiaj? - pytam przerażona, ale nie czekając na odpowiedź zrywam się z łóżka, ubieram, czeszę i biegnę do domu mojej siostry. Jest już w szóstym miesiącu ciąży i strasznie się denerwuje tymi Igrzyskami. Przez te ostatnie pół roku spędzałam u niej mnóstwo czasu razem z Finnickiem. Nie chcę, żeby to się zmieniało. Te kilka miesięcy było najlepszym czasem w moim życiu.